sobota, 18 lutego 2012

Recenzja: Opeth - Still Life (1999)


Opeth jest jednym z najważniejszych progresywnych zespołów działających w ostatnich kilkunastu latach. Zespół jest jedynym sprawnie łączącym elementy rocka progresywnego z death metalem, który może pochwalić się niesamowicie liczną rzeszą wiernych fanów. Patrząc na dokonania zespołu ta sytuacja nie dziwi. Dzięki albumowi Blackwater Park z 2001 roku zespół zdobył międzynarodową popularność i stał się wyznacznikiem tego, jak można grać death metal progresywnie. Warto jednak zwrócić uwagę na wcześniejszy dorobek Szwedów, w szczególności na poprzednika Blackwater Park album Still Life z roku 1999.

Still Life jest pierwszym z krążków nagranych przez zespół w tzw. klasycznym składzie (lata 1998-2005 - Akerfeldt, Lindgren, Mendez, Lopez). Podobnie jak poprzednik (świetny My Arms, Your Hearse) jest albumem koncepcyjnym (czyli czymś co uwielbiam), tym razem poświęconym problemowi desperacji, samotności i tzw. wykluczenia ze społeczeństwa. Jak tłumaczy Michael Akerfeldt bohaterem albumu jest mężczyzna, wyrzucony ze swojego rodzinnego miasta z powodu wyznawania innej religii niż tamtejsi mieszkańcy. Po kilkunastu latach powraca, by odnaleźć kobietę, którą kochał… 

Od roku 1999 opracowaniem graficznym każdego z albumów Szwedów zajmuje się Travis Smith. Na czerownokrwistej okładce Still Life widnieje postać płaczącej kobiety, w oddali na wzgórzu widzimy krzyż, którego odbiciem w jeziorze jest postać mężczyzny (czyżby naszego głównego bohatera?). Na zremasterowanej wersji albumu z roku 2008 Smith odświeżył grafikę Still Life, dodając jej więcej mroku i tajemniczości. We wnętrzu albumu znajdują się pozostałe zagadkowe ilustracje, mające swe odzwierciedlenie w tekstach albumu.

Bohater zaczyna swą wędrówkę od utworu The Moor, zaczynającego się budującym napięcie (ale trochę zbyt długim) wstępem. W połowie 3 minuty zespół niespodziewanie atakuje typowo Opeth’owskim riffem i podkręca tempo. Już pierwsze linijki tekstu zaśpiewane przez Akerfeldta pokazują, że zdecydowanie poprawił swoje możliwości wokalne w porównaniu do poprzedniego albumu. Growling jest bardziej głęboki i drapieżny. Bardzo dobre wrażenie robią nakładające się na siebie wokale i delikatny pogłos. W utworze bohater wyraża swoje ubolewanie, żal i oburzenie dotyczące sytuacji wyrzutka, w której się znalazł. Na początku 8 minuty The Moor zwalnia, by wprowadzić słuchacza w tragiczną sytuacje bohatera. Po chwili lirycznego uniesienia dochodzimy do, moim zdaniem, najpiękniejszego momentu na płycie, kiedy Akerfeldt bardzo emocjonalnie śpiewa:  Melinda is the reason why I've come. Zespół znowu przyśpiesza, po czym utwór się kończy. Świetne 11 minut. 

The Moor (mogliśmy go usłyszeć w  roku 2010 w Katowicach na Metal Hammer Festival) wymaga więcej uwagi, gdyż jest to według wielu najlepszy utwór na Still Life. Charakteryzuje go duża różnorodność pokazująca różne oblicza zespołu. Kolejny, całkiem niezły utwór pt. Godehead’s Lament jest zbudowany podobnie jak poprzednik. Na mnie największe wrażenie zrobiło piękne solo pod koniec 4 minuty, od razu przypomniały się podobne popisy na Blackwater Park. Po 20 minutach przechodzimy do Benighted, który jest bardzo melancholijny, ale dość nużący. Ten utwór jest jednak bardzo charakterystyczny dla albumu z uwagi na gitary akustyczne. Na żadnym kolejnym czy następnym krążku Opeth (z wiadomych względów nie licząc Damnation), nie brzmią one tak specyficznie i nie są tak dobrze słyszalne… Benighted (utwór trochę bez historii) po 5 minutach ustępuje miejsca zdecydowanie żywszemu Moonlapse Vertigo, by znowu powrócić do spokojnych klimatów w Face of Melinda (nie mam pojęcia czemu wielu uważa ten utwór za najlepszy na albumie), który jest może łagodny i kojący nerwy, ale niestety nieciekawy. Za to już w Serenity Painted Death zaczynającym się od przeraźliwego wokalu Akerfeldta uwidocznia się zmiana frontu. Muszę przyznać że moje ucho najbardziej przyciągnęła wspaniała partia wokalna (zdecydowanie numer jeden na albumie) oraz interesująca kompozycja z nieustającymi zmianami rytmiki. Obok The Moor jest to najlepszy utwór na albumie (tylko dlaczego kończy się jakby ktoś wyjął wtyczkę z gniazdka?). Został nam jeszcze White Cluster. Zaczyna się dość spokojnie, ale w drugiej części znienacka przyśpiesza i pędzi na złamanie karku (warto zwrócić uwagę na gitarowe solo). Jak się dowiadujemy bohater kończy swą przygodę na szubienicy… 

Co można powiedzieć o Still Life? W porównaniu do poprzedniego albumu zespół na pewno zrobił krok do przodu. Kompozycje są bardziej wyrafinowane i ciekawe, wokal Akerfledta jest dojrzalszy, zespół eksperymentuje z dźwiękami, całość jest bardzo spójna i tworzy monolit. Dla wielu Still Life jest nawet najwybitniejsztm albumem w dorobku Szwedów. Ja jednak nie podzielam tego zdania… Na pewno krążek jest najbardziej ambitny, a jednocześnie najtrudniejszy w odbiorze i ciężko przyswajalny, jednak porównując go do następnych osiągnięć wypada dość blado. Oczywiście nie twierdzę tutaj, że Still Life jest wydawnictwem słabym, bo jest to całkiem dobry, ciekawy i klimatyczny album (w końcu czy Opeth zrobił kiedyś coś słabego?), ale nie jestem bliski stwierdzeniu, że to album wybitny. Porównując Face of Melidna czy Benighted do akustycznych utworów z Damnation, te pierwsze są po prostu nieciekawe. Album bronią świetne The Moor, Godhead’s Lament czy Serenity Painted Death, ale w porównaniu do Bleak, Blackwater Park, Ghost of Perdition lub The Lotus Eater (z późniejszych albumów) na piedestale ich stawiać nie można. O czym to świadczy? Świadczy to o tym, że zespół wciąż się rozwijał, a co najważniejsze w dalszej perspektywie tworzył lepszą muzykę. Na pewno świetną decyzją była współpraca ze Stevenem Wilsonem, który wydobył z muzyki Szwedów to co najlepsze i nadał jej bardziej melodyjnego wyrazu. Nie stało by się to jednak, gdyby Opeth nie zaskoczył świata poprzez swoje Still Life. Z perspektywy ponad 10 lat łatwo wskazać wiele lepszych albumów niż podany krążek, ale nie ulega wątpliwościom, że w 1999 roku na rynku progresywno-death-metalowym niewiele lepszej muzyki zostało nagrane.

Dla fanów Opeth’a Still Life to tzw. mus. Innym polecałbym bardziej Blackwater Park, Damnation czy Watershed. Nie ulega jednak żadnym wątpliwościom, że Still Life jest całkiem dobrym albumem i warto zwrócić na niego uwagę. Od razu jednak uprzedzam, że tak trudnego w odbiorze krążka Szwedzi do tej pory nie wydali, więc potrzeba naprawdę sporo czasu żeby się ze Still Life oswoić, poznać i polubić.

W 2008 roku zespół wydał zremasterowaną wersję albumu z bonusową płytą DVD, na której Still Life jest zmixowany w formacie 5.1. Płyta brzmi na nim o niebo lepiej (mimo paru mankamentów), ale to już rekomendacja dla fanatyków zespołu (a tych Opeth ma niemało).

1. The Moor (11.28)
2. Godhead´s lament (09.47)
3. Benighted (05.01)
4. Moonlapse Vertigo (09.00)
5. Face Of Melinda (07.59)
6. Serenity Painted Death (09.14)
7. White Cluster (10.02)

3 komentarze:

  1. świetna recenzja! piękna płyta!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale uznania Face of Melinda za nieciekawe nie mogę wybaczyć:/

    OdpowiedzUsuń