czwartek, 22 września 2016

Sezon 2016/2017 na start!

Wrzesień zbliża się ku końcowy. Za oknami coraz częściej jesienna pogoda, a to oznacza, że powrót za PROGiem z wakacji już tuż tuż! Dokładnie w pierwszą niedzielę października słyszymy się na żywo, powracając do kontynuacji zapoczątkowanego wiosną cyklu!

Za nami 8 audycji o roku 1976. Przed nami co najmniej 14 spotkań (klik). Każde pieczołowicie zaplanowane tematycznie i w kolejności chronologicznej (zgodnie z miesiącem ukazania się albumu). W kolejce programu ustawili się już m.in. Kansas, Rainbow, Return to Forever, Gente Giant, Harmonium, Sloche, Tangerine Dream, Klaus Schulze, Jean Michel Jarre, Vangelis, SBB, Budka Suflera, Czesław Niemen, Magma, Frank Zappa, The Residents, Henry Cow, Crucis, Invisible, La Maquina, Eloy, Far East Family Band, Popol Vuh, Van der Graaf Generator, Pollen, Styx, Pulsar, Mona Lisa, Genesis, Finch. Zespołów i świetnych płyt z epoki będzie jednak jeszcze więcej.

Na start Kansas z kultowym albumem Leftoverture, który otworzył grupie drzwi komercyjnej rozpoznawalności. Podczas audycji skupimy się na cięższym odcieniu rocka progresywnego, dlatego usłyszymy też m.in. Rush, Led Zeppelin, Rainbow oraz The Alan Parsons Project.

Start - niedziela (2 października), 21:00. Do usłyszenia! :)

piątek, 16 września 2016

Playlista: King Crimson - 50 lat w 2h!

Playlista:
1. Zaprogowe intro
2. Giles, Giles & Fripp She Is Loaded (The Cheerful Insanity Of Giles, Giles & Fripp, 1968)
3. King Crimson - 21st Century Schizoid Man (In the Court of the Crimson King, 1969)
4. King Crimson Cadence and Cascade (In the Wake of Poseidon, 1970)
5. King Crimson Cirkus (Lizard, 1970)
6. King Crimson - The Letters (Islands, 1971
7. King Crimson Larks' Tongues in Aspic, Part Two (Larks' Tongues In Aspic, 1973)
8. King Crimson The Night Watch (Starless and Bible Black, 1974)
9. King Crimson - Starless (Red, 1974)
10. King Crimson - Thela Hun Ginjeet (Discipline, 1981)
11. King Crimson - Neurotica (Beat, 1982)
12. King Crimson Three Of A Perfect Pair (Three Of A Perfect Pair, 1984)
13. King Crimson One Time (VROOOM, 1994)
14. King Crimson - VROOOM (Thrak, 1995)
15. King Crimson ProzaKc Blues (The ConstruKction of Light, 2000)
16. King Crimson Level Five (The Power to Believe, 2003) 

czwartek, 15 września 2016

Audycja specjalna: King Crimson - 50 lat w 2h!

Koncerty King Crimson w Polsce zbliżają się wielkimi krokami. Karmazynowego Króla zobaczymy w Zabrzu oraz Wrocławiu między 17, a 21 września. Z okazji tych szczególnych wydarzeń przygotowałem dla Was coś specjalnego.

W czwartek (15 września) pragnę zabrać Was w jedyną w swoim rodzaju, karmazynową podróż. Podczas dwóch radiowych godzin zatopimy się w historię tej niesamowicie wpływowej grupy. Na antenie Radia Aktywnego zaprezentuję po jednym najbardziej istotnym utworze z każdej płyty studyjnej, który King Crimson wydał od roku 1968. Będzie to wspaniała okazja nie tylko do przygotowania się do koncertów, ale i całościowego zmierzenia się z dorobkiem prawdziwego progresywnego giganta.

Start - czwartek (15 września), 21:00. Zapraszam do słuchania!

wtorek, 13 września 2016

Recenzja: Obscure Sphinx - epitaphs (2016)


Poprzeczkę po ostatnim wydawnictwie Obscure Sphinx zawiesił sobie bardzo wysoko i nieco wątpiłem, czy uda mu się przyćmić znakomite Void Mother. Jaka to będzie płyta też za bardzo nie było wiadomo. Grupa, jak to ma w zwyczaju, podawała informacje w minimalnym możliwym nakładzie. Tak więc o tym, co usłyszymy, przecieków nie było.

Na ten krążek musieliśmy czekać dosyć długo. Tym razem praca zajęła grupie 3 lata, lecz warto pamiętać, że okres po wydaniu Void Mother był dla zespołu zdecydowanie bardziej pracowity niż ten po debiucie. Rewelacyjne przyjęcie albumu wymagało aktywnego koncertowania, tak więc zespół dał sporo występów zarówno w Polsce (m.in. u boku Behemoth i Tides From Nebula) jak i w Europie Zachodniej oraz Południowej. 

Blisko godzina muzyki, sześć dłuższych utworów i klimatyczna okładka, stworzona przez Mario Duplantiera z grupy Gojira. Ten sam skład personalny, ten sam producent, za to nowe studio oraz materiał nagrany na przysłowiową setkę. Tyle wiedzieliśmy o albumie. Sprawę nieco naświetlił singiel Left Out, który dawał częściowy obraz tego, co zobaczymy na epitaphs.

To światło jest w tym przypadku słowem kluczem. Po bardzo gęstym, mrocznym, wręcz dusznym Void Mother grupa postanowiła dać swojej muzyce nieco więcej przestrzeni. Dalej jest to ciężka, nisko strojona i mosiężna mikstura, ale grupa tak jakby pokierowała się zasadą "Nie ważne są dźwięki które grasz, ale te, których nie grasz". W tym względzie epitaphs, bazując na patentach swojego poprzednika, zwraca się w kierunku klimatycznego debiutu. Gdy na Void Mother zespół serwował nam coraz to nowe bodźce, to na epitaphs jest więcej ciszy, instrumenty ustępują sobie nawzajem miejsca, a same utwory są bardzo powoli wprowadzane. Obscure Sphinx bardzo często korzysta z efektu kontrastu, uwypuklając tym samym zwłaszcza cięższe fragmenty. To właśnie nadanie muzyce więcej oddechu, kompozycyjna różnorodność oraz kilka muzycznych eksperymentów (o tym niżej) są głównym wyróżnikiem wydawnictwa.

Bardzo cieszy, że formacja nie tracąc swojego rozpoznawalnego stylu, wprowadziła do swojej muzyki kilka nowych elementów. Choć dalej mamy tu sporo krzyku, to Zofia "Wielebna" Fraś częściej sięga po czysty wokal. Wokalistka dysponuje nieco transowym altem, który mi przywodzi na myśl barwę często słyszaną w muzyce etniczno-folkowej. Ta pasuje do twórczości Obscure Sphinx doskonale. Tym bardziej, że "Wielebna" odgrywa swoje muzyczne partie z prawdziwym zaangażowaniem, dając odczuć słuchaczowi depresyjny, mroczny ładunek emocjonalny i artystyczną szczerość. Po raz kolejny usłyszeć możemy również głos Aleksandra "Olo" Łukomskego, którego gardło od czasu Void Mother nabrało sporo mocy i charakteru, a który to brzmi już naprawdę dojrzale. Gitarowo zaś jest nieco delikatniej. Gitarzyści rzadziej ostrzeliwują riffami i rzadziej korzystają z przesteru, częściej posiłkując się elementami typowymi dla muzyki post-rockowej. Często budują utwory w inny sposób niż na poprzedniej płycie. Więcej jest gry, która posiłkuje wokal niż mu współtowarzyszy lub dominuje (na poprzednich płytach wokal był dodatkowym instrumentem, tu częściej jest po prostu wokalem). Perkusyjnie też mamy małą odmianę. Mateusz Badacz jakby mniej "kotłuje", a rozszerza spektrum użycia swojego zestawu. Wszystkie powyższe elementy sprawiają, że przy odsłuchu płyty mamy wrażenie sporej różnorodności albumu. Może nie gatunkowej, ale kompozycyjno-aranżacyjnej. Wiele dzieje się z perspektywy poszczególnych instrumentów (to z pewnością najbardziej rozbudowana płyta Obscure Sphinx wokalnie, gitarowo oraz perkusyjnie), ale i całości. Ale nie tylko z tej strony album brzmi bardzo przekonująco. Od strony produkcyjnej płycie również należy wystawić wysoką notę. Brzmi bardziej naturalniej niż poprzedniczka, a zarazem odczuwa się pewien dystans między dźwiękiem, a naszymi uszami.

Kilka słów o poszczególnych utworach. Album otwiera wybrany na singiel Nothing Left, o charakterze zbliżonym do materiału z Void Mother. Mamy tu nagromadzenie ciężkich riffów, ale i lżejsze gitary (6 minuta) oraz trochę post-rockowego grania (9 minuta). Wokalistka zaś krzyczy, klimatycznie "zawodzi", a także używa wyższego rejestru. Szerokiemu wachlarzowi wokalnemu towarzyszy też wielobarwna produkcja - w zależności od momentu atakuje on z innej pozycji. Do kolejnego utworu wprowadza nas zaś... fortepian i gitara akustyczna! Memories Of Falling Down rozwija się bardzo powoli. "Wielebna" śpiewa tu momentami naprawdę bardzo nisko, przyjemnie buzują gitary, a zespół decyduje się na mocne uderzenie dopiero w 7 minucie. To kompozycja w dużej mierze bazująca na wokalu i przez dłuższy czas to właściwie on kreuje charakter utworu. Pięknie brzmi zwłaszcza poruszające zakończenie. Ciekawy jest trzeci na liście Nieprawota. To utwór o black metalowym zabarwieniu (od 2 minuty), a takiego klimatu w muzyce Obscure Sphinx jeszcze nie było. Bardzo dobre wrażenie robi ciężkie zakończenie. Podobnie zaczyna się kolejny Memorare, z wiodącą, kąsającą linią basową. Tu także jest dość blackowo. Wokalistka nieco zaskakuje zejściem o pół tonu pod koniec 6 minuty - przykuwa to uwagę, jest to bardzo zapamiętywalny moment. Najkrótszy na płycie Sepulchre, to jeden z moich faworytów. Zaczyna się niesamowicie klimatycznie, zespół całkowicie zatapia w muzycznej otoczce, by za chwilę... przywalić żelastwem z dziesiątego piętra. Jest mocno, bezkompromisowo i brutalnie. Kwintesencja Obscure Sphinx. Płytę zamyka At The Mouth Of The Sounding Sea, który, podobnie jak singiel, zespół wykonywał na żywo na dunk!festival2016. To jeden z najlepszych utworów na płycie - wyróżnić trzeba zwłaszcza rewelacyjne partie gitar. To również prawdopodobnie najlepsze wokale "Wielebnej" na całym albumie - brzmi ona genialnie i chciało by się więcej tak różnorodnego krzyku! Podobnie jak Paragnomen na debiucie, The Mouth Of The Sounding Sea zamyka wydawnictwo naprawdę mocnym akcentem. Kto wie, być może to nawet najlepszy utwór w całej dyskografii grupy.

Jest dobrze - trudno to ukryć. Czy jest coś, co można uznać za minus tego albumu? Do niewielu rzeczy da się przyczepić i moje szpileczki to bardziej kwestia gustu. Z pewnością jest to płyta, na której, choć zespół sporo eksperymentuje, to jednak porusza się po znanych sobie terenach i bardziej kultywuje osiągniętą pozycję, niż próbuje śmiało zaatakować inne rewiry. Przyznam, że oczekiwałem małej rewolucji. Osobiście bliżej mi było także do bezpośredniego brzmienia poprzednika. Tak jak wspomniałem są to raczej moje personalne preferencje i część słuchaczy może uznać je jako walor.

Na tej płycie Obscure Sphinx nie łamie już kołem. Zespół bardziej zatapia słuchacza w muzycznym klimacie i daje mu czas na samodzielne przeżywanie jego własnych życiowych dramatów. Grupa nie zatraciła przy tym swojego charakteru, jednocześnie wyprowadzając nowe, nieznane słuchaczowi ciosy. To duży atut tego wydawnictwa. Nie mam żadnych wątpliwości, że Obscure Sphinx po raz kolejny stanął na wysokości zadania. To po prostu rewelacyjna płyta i ciężko oderwać się od tej muzyki.

Lista utworów:
Part I: Pre-mortem
1. Nothing Left
2. Memories Of Falling Down
3. Nieprawota
Part II: Post-mortem
4. Memorare
5. Sepulchre
6. At The Mouth Of The Sounding Sea

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Recenzja: Obscure Sphinx - Void Mother (2013)

 

Plany zrecenzowania tego albumu miałem już od dawna. Właściwie o drugiej płycie Obscure Sphinx chciałem napisać zaraz po premierze, ale jakoś się nie złożyło. Plan jednak pozostał, a wielkie odliczanie do pojawienia się na półkach trzeciego longplaya stało się tu ostatecznym motywatorem. 

Bardzo liczyłem na tę płytę. Obscure Sphinx zarówno swoją formą koncertową jak i debiutanckim albumem zwalał z nóg. Bez mrugnmięcia okiem stawiałem grupę jako jedno z największych odkryć polskiej muzyki rockowej (?) ostatnich lat. Zetknięcie z Void Mother okazało się jednak dość brutalne. Pierwszych kilka odsłuchań naznaczonych było sporym rozczarowaniem. Ta płyta okazała się sporo inna od poprzedniczki.

Zespół przystąpił do nagrywania płyty w nowym składzie. Gitarzystę Bartosza Badacza zastąpił Aleksander "Olo" Łukomski. Czy miało to wpływ na ostateczny kształt albumu? Zdaje się że tak, bo, z tego co wiem, nowy nabytek zespołu lubuje się w dużo cięższych brzmieniach niż jego poprzednik, a Void Mother jest właśnie... cięższą płytą. Pierwszym i najważniejszym elementem różnicującym obie płyty jest nacisk tematyczny, na Anaesthetic Inhalation Ritual postawiony na brzmienia post rockowe, zaś na Void Mother na sludge. AIR było bardziej przestrzenną płytą, Void Mother to twór o wiele bardziej intensywny, gęsty i bezpośredni. Roi się tu od ciężkich riffów, gra perkusji jest bardziej ekspresyjna, a dużo mniej jest typowo post rockowych zagrywek i delikatności.

Na płytę składa się 9 utworów, trwających łącznie blisko 70 minut, o dosyć równej i w każdym przypadku wysokiej wartości. Na wyróżnienie zasługują zwłaszcza: totalnie miażdżący Lunar Caustic, do którego zrealizowany został również udany teledysk,  emocjonalny i twórczo autentyczny (wokalistka podobno popłakała się podczas nagrywania) Velorio i rozbudowany, melodyjny The Presence Of Goddess, które z pewnością na długo nie opuszczą koncertowej setlisty zespołu. Trójka zasługuje na najwyższe noty, ale pozostałej zawartości krążka także trudno cokolwiek zarzucić. Można powiedzieć, że są tu same dobre utwory, a swoją drogą ciężko trafić na równy krążek o takim czasie trwania.

Zespół należy pochwalić także ze świetną oprawę graficzną - okładka idealnie obrazuje zawartość płyty i sama w sobie prezentuje się znakomicie. Duży postęp zrobiony został w zakresie produkcji muzyki. Album brzmi o wiele profesjonalniej niż debiut, a to co zasługuje na burzę braw to selektywność (jak te instrumenty obok siebie pięknie współbrzmią!) i dopracowanie pod względem aranżacyjno-kompozytorskim. To niesamowicie doszlifowany album, na którym brakuje zbędnych dźwięków.

Void Mother to wyśmienita płyta. Trochę czasu zajęło mi wkręcenie się w nią, ale po upływie blisko trzech lat moja opinia na jej temat jest bardzo stabilna. Grupa udowodniła, że obiecujący debiut nie był przypadkiem i poszła za ciosem. Void Mother to bowiem płyta lepsza od AIR, a szybko rosnąca popularność grupy jest tego najlepszym dowodem.

Lista utworów:
01. Lunar Caustic
02. Velorio
03. Waiting for the Bodies Down the River Floating
04. Feverish
05. Nasciturus
06. Meredith
07. Decimation
08. Void
09. The Presence of Goddess

czwartek, 30 czerwca 2016

Przerwa wakacyjna

Zgodnie z zapowiedziami, a także zgodnie praktyką lat ubiegłych, audycja za PROGiem najbliższe miesiące spędza na wakacjach. W miesiącach lipiec - wrzesień nie będę pojawiał się w studio Radia Aktywnego, zaś realizacja cyklu poświęconego rokowi 1976 zostanie wznowiona w pierwszą niedzielę października.

Muzyka progresywna nie opuści jednak Radia Aktywnego. W każdą niedzielę o 21:00 usłyszeć będziecie mogli archiwalne nagrania audycji. Aby zachować koncepcyjną ciągłość zaplanowałem dla Was końcówkę roku 1975 oraz początek roku 1976. Zaczynamy od audycji nr 150, poświęconej debiutanckiej płycie Steve'a Hacketta! Na wrzesień przygotowuję dla Was małą niespodziankę, ale o tym w sowim czasie.

Udanych wakacji i do usłyszenia wkrótce!!!! :)

niedziela, 26 czerwca 2016

Audycja nr 163 - rok 1976 (VIII)

Playlista:
1. Zaprogowe intro
2. Banco Del Mutuo Soccorso - Zobeida (Garofano Rosso, 1976)
3. Banco Del Mutuo Soccorso - Garofano Rosso (Garofano Rosso, 1976)
4. Celeste - Principe Di Giorno (Principe Di Un Giorno, 1976)
5. Celeste - Favole Antiche (Principe Di Un Giorno, 1976)
6. Celeste - Eftus (Principe Di Un Giorno, 1976)
7. Picchio Dal Pozzo - La Bolla (Picchio Dal Pozzo, 1976)
8. Goblin - Roller (Roller, 1976)
9. Goblin - Aquaman (Roller, 1976)
10. Goblin - Goblin (Roller, 1976)
11. Le Orme - Regina al Troubadour (Verità Nascoste, 1976)
12. Banco Del Mutuo Soccorso - Il Ragno (Come In Un'ultima Cena, 1976)
13. Banco Del Mutuo Soccorso - È così buono Giovanni, ma...  (Come In Un'ultima Cena, 1976)
14. Banco Del Mutuo Soccorso - Slogan (Come In Un'ultima Cena, 1976)
15. Area - Evaporazione / Diforisma Urbano (Maledetti (Maudits), 1976)
16. Area - Gerontocrazia (Maledetti (Maudits), 1976)

Celeste - Principe Di Un Giorno