Przez lata wspomnienia potrafią się zacierać, natomiast mam duże przekonanie, że koncert BEAT był prawdopodobnie najlepszym koncertem, jaki widziałem w życiu, a z pewnością w ciągu ostatnich pięciu lat.
Po pierwsze - luz. Od muzyków biły radość, uśmiech, lekkość. Przekładało się to na niezwykle energetyczne doświadczenie - zupełnie inne od statycznych koncertów King Crimson po reaktywacji z 2013 roku.
Po drugie – wirtuozeria. Każdy z muzyków wyczyniał po prostu niestworzone rzeczy, ale jednocześnie w sposób niekłócący się z granym utworem. Możliwości instrumentów zostały nagięte do absolutnego maksimum. Ten wieczór ukazał, że ludzka kreatywność nie zna granic. Jeśli tak będą grały kolejne pokolenia, to muzyka na pewno nie zginie.
Bohaterech wieczoru było czterech, ale nie skłamię twierdząc, że to zwłaszcza Steve Vai rzucił publiczność na kolana. Pisałem to już w recenzji albumu koncertowego, ale angaż Amerykanina jest strzałem w dziesiątkę. Ciężko to ubrać w słowa - ja takich dźwięków nie słyszałem nigdy wcześniej.
Po trzecie - wykonanie. Po koncercie odtworzyłem sobie płytę "Beat". Jestem pod wielkim wrażeniem, w jaki sposób muzycy unowocześnili ten materiał, w jaki sposób nadali mu nowe życie. Tutaj duża zasługa wcześniej wspomnianego gitarzysty.
Po czwarte - repertuar. Było tu wszystko. Nie zabrakło muzycznych eksperymentów, zabawy instrumentami, utworów sentymentalnych i dynamicznych, solówek, czy duetów wokalnych. Koncert dzięki temu cechował się ogromną dynamiką.
Po piąte - puls. Zjawiskiem jest, że przy tak "matematycznej" muzyce, nie gubi ona pulsu. Jak to się mówi - po prostu bujało. Zwłaszcza przy drugim secie bawiłem się doskonale, a ciało poruszało się samo.
Było to wydarzenie warte każdych pieniędzy. Oby projekt BEAT trwał jak najdłużej i koncertował jak najwięcej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz