Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 sierpnia 2023

Recenzja: Riverside - ID.Entity (2023)


Trochę dziwi mnie, że tak niewielu recenzentów zwróciło uwagę na podobieństwa między ID.Entity, a Anno Domini High Definition. Jest ich wiele. Począwszy od bardziej dynamicznej muzyki, przez tematykę tekstów, okładkę i rezygnację z oryginalnego logo, przez nowe studio nagraniowe, do momentu kariery w którym jest Riverside. ID.Entity to, podobnie jak ADHD, płyta buntu, na której zespół zrywa z poprzednimi trzema albumami, szukając dla siebie nowej przestrzeni. Nawiązuję na wstępie ADHD nie bez przyczyny. Czerwony album bardzo mi się spodobał, tak więc argument "nie lubisz dynamicznej muzyki, więc dlatego najnowsza płyta Ci nie leży" możecie schować do szafy.

ID.Entity nie podoba mi się, bo przede wszystkim sprawia wrażenie niedopracowanego. Mogą sugerować słowa zarówno Mariusza Dudy ("album zrobiony na 80%") jak i Piotra Kozieradzkiego ("najszybsza sesja nagraniowa w historii Riverside"). Jednym z największych atutów zespołu było to, że kompozycje były świetnie napisane od początku do końca. Na ID.Entity czasem mam wrażenie, że grupa wpadła w pułapkę, w którą wpadła zdecydowana większość tzw. progresywnych grup, czyli "im więcej nut, tym lepiej" lub "powrzucajmy tyle motywów, ile się da". Najlepiej słychać to w utworach Landmine Blast oraz Post-Truth. Niewykorzystany potencjał słychać przede wszystkim w Big Tech Brother, który składa się z wyśmienitych motywów, ale całości czegoś brakuje.

ID.Entity nie podoba mi się, bo... nie wiem jak to zabrzmi, ale po prostu nie jest zaskakujący. Nie przytoczę dokładnego cytatu, ale Mariusz Duda powiedział coś w tym stylu: "Przeczytałem w jednej z recenzji, że na ID.Entity nie słyszy nic nowego. To przepraszam bardzo, co moglibyśmy jeszcze zrobić żeby było coś nowego?". Ja już odpowiadam - więcej utworów w stylu Friend or Foe? albo Self-Aware. Friend or Foe? to mój faworyt na płycie, inspiracja synth-wave z lat 80-tych (mi partie klawiszowe skojarzyły się z The Weeknd) wypadły bardzo świeżo. Za to w Self-Aware słychać mocne isnpiracje Rush i... to jest coś nowego! Od razu zaznaczę, że nie lubię tego numeru (jak i nie przepadam za Rush), ale ten utwór przynajmniej pokazuje jakiś rozwój zespołu. Niestety cała reszta to granie "w stylu Riverside", tylko po co mam słuchać tej płyty, skoro lepsze kompozycje (i przede wszystkim więcej pasji!) znajdę np. na ADHD?

Jeden akapit muszę poświęcić nowemu gitarzyście. Według mnie jego gra jest całkowicie bez wyrazu, a feeling nie pasuje do zawartości albumu. Marcin Meller to gitarzysta bluesowo-rockowy, a tej płycie brakuje gitarowej zadziorności. Za najlepsze podsumowanie jego udziału niech posłuży solówka w The Place Where I Belong. Jaka ona jest? Nijaka. Taka sama jak jego obecność na albumie.

Warto nadmienić, że na płycie bonusowej znajdują się dwa dodatkowe utwory, z których pamiętam tylko tyle, że są instrumentalne. 

A co mi się podoba? Brzmienie jest naprawdę wyborne. Wspomniałem już o świetnym Friend or Foe? oraz riffach w Big Tech Brother. Dorzucę jeszcze fragment Post-Truth (to chyba jedyny moment, podczas którego lirycznie trafia do mnie płyta: "(...)I assume It was not perfect"), a także I'm Done With You, brzmiacy jakby napisany na starszej sesji (stąd też znajduje się niemal na końcu płyty).

W mojej ocenie ID.Entity to po prostu płyta średnia (6/10), co w przypadku tego zespołu jest dużym obniżeniem lotów. Nie jestem jednak bardzo zaskoczony, bo pierwsze sygnały ostrzegawcze słychać było już na Wasteland, gdzie obok świetnych numerów znalazły się dłużyzny (np. utwór tytułowy).  Niestety od paru lat widać, że Mariusz Duda muzycznie IDentyfikuje się przede wszystkim ze swoją działalnością solową, co skutkuje tym, że muzyka Riverside znajduje się na twórczej bocznicy.

Lista utworów:

CD 1 / Album (00:53:11):
1. Friend or Foe? (00:07:29)
2. Landmine Blast (00:04:50)
3. Big Tech Brother (00:07:24)
4. Post-Truth (00:05:37)
5. The Place Where I Belong (00:13:16)
6. I'm Done With You (00:05:52)
7. Self-Aware (00:08:43)

CD 2 / Bonus Material (00:29:53):
1. Age of Anger (00:11:56)
2. Together Again (00:06:29)
3. Friend or Foe? (Single Edit) (00:05:59)
4. Self-Aware (Single Edit) (00:05:29)

środa, 7 czerwca 2017

Recenzja: Anathema - The Optimist (2017)

Od 2010 roku Anathema wydaje płyty jak na linii produkcyjnej. Tym razem mieliśmy nieco więcej oddechu, bo od ostatniego Distant Satellites minęły 3 lata. Ostatnie wydawnictwo zostawiło po sobie pewien niedosyt, a w muzyce grupy zaczęto wyczuwać pewne zmęczenie materiału. Miałem obawy, że nagranie czwartej płyty na tej samej podstawie kompozycyjnej może skończyć się fatalnie i dlatego też spodziewałem się odważnej zmiany frontu. Właśnie z tego powodu z dużym zaciekawieniem sięgnąłem po The Optimist.

To na pewno bardzo ciężkostrawna płyta. Wydawnictwa Anathemy zawsze trudno mi "podchodziły", ale z tym problem był o wiele większy. Przyczyn, po głębszej analizie, znalazłem... cóż, wiele. Po pierwsze to album niesamowicie niespójny. Prawie każda kompozycja jest z innej bajki, dlatego też przy słuchaniu The Optimist w całości trudno wprowadzić się w odpowiedni klimat. Nie pomogłoby nawet inne ustawienie utworów, które w aktualnym układzie nieco łagodzi rozjazdy. Po drugie szata graficzna i koncept wydawnictwa. Okładka w ogóle nie odpowiada jego zawartości. To dalej jest jasna muzyka, która okryta mrokiem wypada sztucznie. Nowe logo, nowy styl okładki - to też małe kłamstewko, bo na tej płycie nic rewolucyjnego nie znajdziemy. No i sam koncept. Jestem przekonany, że został doklejony do płyty "sztucznie" już przy zamykaniu procesu produkcyjnego. Niestety ani w muzyce, ani w tekstach próżno szukać bezpośrednich nawiązań do A Fine Day To Exit. Ja do muzyki podchodzę jako do pełnego dzieła i bardzo rażą mnie takie manewry. Po trzecie... sam materiał, który nie wnosi wiele do twórczości grupy. Po czwarte zaś nierówności, bo niestety są tu utwory lepsze i słabsze, choć właściwie żaden z nich nie robi takiego wrażenia, jak materiał z wcześniejszych wydawnictw.

Muzycznie nie zmieniło się zbyt wiele. Na pewno wokale są bardziej delikatne i nieco podkręcono sekcję rytmiczną, chowając perkusję, w jej miejsce dość często wplatając elektroniczne beaty. Brzmienie jest mniej bezpośrednie, większy nacisk postawiono na przestrzeń oraz uwypuklenie gitarowych riffów. W sumie... to wszystko. W recenzji Distant Satellites domagałem się od Anathemy odważnych zmian. Wskazywałem na opartą na elektronice, drugą część albumu jako przyczółek do kolejnej eskapady. Skoro jednak Distant Satellites zostało przeważnie ciepło przyjęte, to... czy warto coś zmieniać? Chyba tym tokiem poszli twórcy, gdyż zawartość The Optimist jest dość zachowawcza.

Rozpoczyna ekspresyjny, lecz nieefektowny Leaving It Behind. Kolejny utwór opaty na wokalu Lee Douglas? Zgadliście! Endless Ways, zaś zwłaszcza potężny wybuch gitar, sprawia naprawdę dobre wrażenie (prócz brzmiącej wtórnie melodii na zakończeniu). Boli mnie jednak wprowadzenie do tego utworu. Na poprzednich albumach mieliśmy do czynienia ze zwartą ciągłością, a tu kompozycja w ogóle nie pasuje do poprzednika. Szkoda, bo to psuje jej odbiór. Tytułowy The Optimist to jawna kontynuacja drugiej części We’re Here Because We’re Here oraz Weather Systems. Nic nowego, choć należy podkreślić udane złamanie przewodniego tematu w okolicach 3 minuty. Bardzo podoba mi się za to instrumentalny San Francisco, który jest jakby przedłużeniem idei Distant Satellites. Sporo elektroniki i prosto, ale skutecznie budowane napięcie. Podobnie jest w Springfield, opartym na żywym instrumentarium. Te dwa utwory to jedne z mocniejszych punktów płyty. Całkiem niezłe wrażenie robi niepozorne Ghosts (duża zasługa sekcji rytmicznej), za to Can't Let Go to kolejna powtórka z rozrywki (wpada jednak w ucho). Ciekawie robi się w dwóch następnych utworach: 9 i 10, w których mamy sporo mroku. Depresyjny klimat i zakończenie Close Your Eyes przypomniało mi na moment czasy Alternative 4, zaś w Wildfires, znowu poruszając się w atmosferze mroku, grupa po raz kolejny skutecznie buduje napięcie. Album wieńczy lekko kołysankowych Back To The Start. Na zakończenie wydawnictwa nadaje się doskonale. 

The Optimist to zbiór przeważnie niezłych i dobrych kompozycji, które tracą wiele na tym, że zgrupowane zostały na jednym dysku. To niesamowicie niespójny album, cechujący się brakiem planu i myśli przewodniej. Tak, jakby zespół nagrał 10 kompozycji i po prostu wrzucił je do jednego worka, firmując je nakreślonym na szybko konceptem. O ile na Distant Satellites mieliśmy zaznaczony rozdział dwóch części albumu, to tu jakby wszystko pomieszano bez ładu i składu. Bardzo szkoda, bo zatracono przy tym potencjał większości kompozycji. W efekcie wydawnictwa jako całości słucha się bardzo źle. No i jest sporo nierówności, wynikających głównie z wypalenia formy. Myślę, że z utworów nr 2, 3, 4, 8 zespół mógłby spokojnie zrezygnować. Swoją drogą na Weather Systems nie dostałyby się nawet pozostałe z tej płyty.

Poprzednie Distant Satellites ocenię wyżej niż recenzowane wydawnictwo. Oznacza, że The Optimist to najsłabsza płyta zespołu od wydawniczego powrotu w 2010 roku. Raczej nie będę wracał do tego albumu.

Lista utworów:
01. 32.63N 117.14W
02. Leaving It Behind
03. Endless Ways
04. The Optimist
05. San Francisco
06. Springfield
07. Ghosts
08. Can’t Let Go
09. Close Your Eyes
10. Wildfires
11. Back To The Start

poniedziałek, 21 listopada 2016

Recenzja: Van der Graaf Generator - Do Not Disturb (2016)


Bardzo bałem się tej płyty. Ostatnie wydawnictwo solowe Hammilla w ogóle mi się nie spodobało, zaś poprzedni studyjny album Van der Graaf Generator zebrał najgorsze recenzje w ponad 40-letniej historii grupy. No i brak Davida Jacksona. Czy bez najważniejszego instrumentu zespół będzie w stanie zbudować przekonującą całość? Wątpliwości było sporo, ale skoro Panowie kazali "nie przeszkadzać", to i ja postanowiłem dać albumowi szansę. Pierwsze odsłuchanie i... niestety potwierdziły się wszystkie moje obawy.

Ale tak to z tymi pierwszymi odsłuchaniami bywa. Z każdym kolejnym było coraz lepiej, choć płyta do lekkich nie należała. Można było się jednak tego spodziewać - to w końcu Van der Graaf Generator! Ostatecznie muszę przyznać, że to naprawdę bardzo solidne wydawnictwo. Na 57 minut muzyki mamy 9 utworów (z wersji winylowej wycięto dwa), z czego każdy ma wiele walorów i nie trafił na płytę przypadkowo. Warto podkreślić klimat wydawnictwa, który powinien zadowolić wszystkich wielbiących grupę zwłaszcza za wydawnictwa z lat 70-tych. Do Not Disturb ma wyraźny posmak albumów z tej epoki. Niekiedy mam nawet wrażenie, jakby niektóre utwory z tej epoki właśnie pochodziły. Taki Aloft, Room 1210, Almost the Words (świetne zakończenie!) czy Go brzmią jak żywo wyjęte z dawnych lat. Decyduje o tym nie tylko prowadzenie kompozycji, ale i mocno klasyczne brzmienie.

Do Not Disturb okazał się bardzo różnorodnym wydawnictwem. Sporo tu zwrotów akcji i żonglowania muzycznymi tematami (Forever Falling początkiem przypomina mi Dire Straits!). Charakter muzyki Van der Graaf Generator za każdym razem został jednak zachowany. Wielkim wyzwaniem na pewno było poradzenie sobie bez Jacksona, bez którego wielu fanów nie wyobrażało sobie dalszego funkcjonowania formacji. Z ogromnym zaskoczeniem muszę przyznać, że misja zakończyła się pełnym sukcesem. Tak naprawdę ani razu nie towarzyszy nam poczucie braku jakiegokolwiek instrumentu. Choć rzeczywiście saksofon mógł wzbogacić nieco brzmienie, to lider grupy sprytnie "zatuszował" wszystkie takie momenty. Przede wszystkim oparł się na solidnym gruncie, obudowanym na instrumentach klawiszowych. Dodatkowo często uderza gitarowym przesterem (Aloft, (Oh No I Must Have Said) Yes), wielokrotnie podkręca instrumenty klawiszowe, a aby nadać płycie więcej kolorytu posiłkuje się fragmentami zbliżonymi do muzyki eksperymentalnej, fusion czy psychodelicznej. Dzięki temu udało się zbudować album o jednorodnym muzycznym charakterze, który jest jednocześnie wydawnictwem dość różnorodnym. Muzycznie także jest bez zarzutu. Hammill śpiewa świetnie (on naprawdę ma 70 lat?), a instrumentalna maszyna pracuje doskonale. Czy którąś z kompozycji można wyróżnić? Właściwie to nie - jest bardzo równo. Za każdym razem ciekawie i zaskakująco.

Van der Graaf Generator nie potrzebował tej płyty. Grupa nie koncertuje, a w XXI na sprzedaży nośników zarabiają jedynie najwięksi. Po co więc jest ten album? Z ciągłej potrzeby muzycznego wypowiedzenia się. Przyznam, że jestem bardzo zaskoczony wysokim poziomem tego wydawnictwa, bo niewiele na to wskazywało. Do Not Disturb naprawdę broni się w całej rozciągłości. To bardzo solidny, szczery album, który wielokrotnie przenosi nas do złotych lat VdGG. Fani Generatora - posłuchajcie!

Lista utworów:
 1. Aloft (6:55)
2. Alfa Berlina (6:39)
3. Room 1210 (6:47)
4. Forever Falling (5:37)
5. Shikata Ga Nai (2:21)
6. (Oh No, I Must Have Said) Yes (7:45)
7. Brought To Book (7:53)
8. Almost The Words (7:53)
9. Go (4:29)

wtorek, 8 listopada 2016

Recenzja: Tides From Nebula - Safehaven (2016)

 

W życiu każdego zespołu następuje moment, w którym przestaje dynamicznie przeć do przodu, a rozpoczyna kultywowanie swojej pozycji i wykreowanego stylu. Przyznam, że byłem pod ogromnym wrażeniem tego, że Tides From Nebula potrafił wydać trzy, całkowicie różniące się od siebie płyty, zachowując swój styl, a jednocześnie nie wychodząc poza ramy post rocka. Podejrzewałem jednak, że ta czwarta nie będzie już tak nowatorska. 

To jak dotąd najkrótsza płyta zespołu. Trwa niespełna 44 minuty i podzielona została na 8 utworów, z czego do czynienia mamy z kompozycjami oscylującymi wokół 5-6 minut. Na froncie otrzymaliśmy zdjęcie Cayan Tower. Jest to ponad 300 metrowy wieżowiec, zbudowany w Dubaju. Ta ciekawa okładka mogła symbolizować osamotnienie, nowoczesność, chłód, rozwój, stabilność, pięcie się do góry... Każdy z tych elementów, choć w różnych proporcjach, rzeczywiście obrazuje zawartość Safeheven.

Safeheven to płyta, która jest zbiorem kierunków wytyczonych przez zespół na poprzednich trzech albumach. Podobno do prac nagraniowych przystępowano bez żadnych założeń taktycznych, stąd efektem jest dosyć różnorodny materiał - Tides From Nebula w pigułce. W porównaniu do poprzednich dwóch wydawnictw mamy tu więcej mroku i pazura (Traversing!) oraz sporo podkręconego basu, co szybko przywodzi nam na myśl Aurę. Nie brakuje kojących, wyciszonych fragmentów jak w Colour of Glow czy The Lifter, które bezpośrednio odnoszą się do Earthshine. Jest tu także przestrzeń i muzyczna dynamika znana z ostatniego Eternal Movement (odniesień do tego wydawnictwa jest najwięcej), a które odnajdziemy chociażby w Knees to Earth. Mocno stanowi to o tym, że Safeheven to tytułowa "bezpieczna przystań", czyli dość zachowawcza płyta, która kultywuje styl grupy i ugruntowuje jego pozycję. Tym bardziej, że choć wydawnictwo nie jest kopią poprzednich albumów, to nowatorskich rozwiązań, do których zespół przyzwyczaił, nie ma tu zbyt wiele. Choć takowe oczywiście są. Trochę nowej jakości mamy w kapitalnym, singlowym We are the Mirror - jest tu taki specyficzny niepokój. Po raz pierwszy pojawiają się wokalizy (tytułowy Safehaven). Grupa obrała kompozycyjno-aranżacyjny kierunek na dopieszczone, "elektroniczne" brzmienia i ozdobniki (początek Home), zaś mniej jest gitarowego brudu i organiczności. No i produkcja. Ten album brzmi zupełnie inaczej, gdyż po raz pierwsi sami muzycy byli za nią odpowiedzialni. Z naprawdę dobrym końcowym efektem - powiedziałbym nawet, że to najlepiej brzmiący album grupy.

Największą nowością Safehaven jest klimat wydawnictwa. I niestety jest to zmiana na minus. Do tej pory muzyka Tides From Nebula pochłaniała, byliśmy jej częścią. Razem z Aurą kotłowaliśmy się w otchłani, czekając na ulewę lub uderzenie błyskawicy, w Earthshine egzystowaliśmy w topniejących soplach lodu i z odmrożonymi policzkami przemierzaliśmy burzę śnieżną, w Eternal Movement poddawaliśmy się wiejącemu wiatrowi i czuliśmy ogrzewające promienie słoneczne. Na Safeheven muzyka jest jakby... obok nas. Tak, gdybyśmy ciągle frunęli obok stojącego na okładce budynku, ale za każdym razem nie mogli przebić jego ścian i znaleźć się w środku. Gdy się to udaje, to budynek jest pusty - witają nas szare, zimne, stare ściany. Wydawnictwo mało absorbuje słuchacza, a to była do tej pory kluczowa cecha twórczości zespołu.

Safehaven to bez wątpienia udany album. Słucha się go bardzo przyjemnie i robi naprawdę dobre wrażenie, jednak jest mniej angażujący niż wcześniejsze płyty formacji. Choć wydawnictwu należy wystawić pozytywną ocenę, to mimo wszystko jest to najmniej porywająca propozycja w dyskografii Tides From Nebula.

Lista utworów:
1. Safehaven
2. Knees To The Earth
3. All The Steps I've Made
4. The Lifter
5. Traversing
6. Colour of Glow

7. We are the Mirror
8. Home

wtorek, 1 listopada 2016

Recenzja: Opeth - Sorceress (2016)


Ostatni raz na zakupach winylowych byłem jakiś miesiąc temu. Przez wiele minut szperałem w dziale "Rock - lata 70-te", oglądając kolejne i kolejne okładki, gdy w końcu przystanąłem. Wystarczył rzut oka. Delikatnie drżącymi dłońmi wyciągnąłem winyl z pudełka i zająknąłem: "O nie...! I okładka też?!" - w moich rękach znalazła się płyta Nazareth, a na okładce paw.

Choć Akerfeldt w wywiadach zaprzeczył, że występuje tu jakiekolwiek nawiązanie (czyżby?) to było pewne, że będziemy mieli do czynienia z kolejną płytą w stylu retro. Mówił o tym tytuł albumu (Sorceress - kultowa kompozycja Return to Forever) jak i utwory: The Wild Flowers (pionier sceny Canterbury) czy The Seventh Sojourn (płyta The Moody Blues). Mówił o tym wypuszczony singiel, a w końcu sam Akerfeldt, pytany o inspiracje wymieniając m.in. Family, Led Zeppelin, Jethro Tull, Return to Forever czy Abbę. Muzycznie miało być podobnie jak na poprzednich dwóch albumach, ale nieco ciężej.

Zaskoczeń nie ma. Sorceress to płyta zachowana w klimacie muzyki lat 70-tych. Podobnie jak Heritage i Pale Communion cechuje ją duża różnorodność. Bliżej jej jednak do surowości Heritage, niż melodyjności i przebojowości Pale Communion. Czy jest to płyta cięższa? Jedynie momentami. To co ją najbardziej wyróżnia to poziom, a ten jest o wiele wyższy niż na dwóch wyżej wymienionych. Czyżby "nowy" Opeth w końcu doczekał się naprawdę dobrego wydawnictwa?
Sorceress to płyta trwająca ponad 56 minuty i składająca się z 11 utworów. Wersja rozszerzona zawiera dodatkowo 5 utworów, z czego dostajemy dwie całkowicie nowe kompozycje (nie odstające poziomem od dysku podstawowego) i trzy nagrania koncertowe (Cusp Of Eternity, The Drapery Falls, Voice Of Treason). Samą płytę można podzielić na dwie części: utwory spokojne (akustyczne) i te bardziej dynamiczne. Do tych pierwszych zaliczy się piękny Perspehone, grany (i śpiewany) na modłę Jethro Tull Will O The Wisp, folkowo-orientalny The Seventh Sojurn (utwór o charakterze The Throat of Winter, ale lepszy jakościowo), akustyczny Sorceress 2 z falsetem Akerfeldta oraz Perspehone (Slight Return), czyli klawiszowe outro. W grupie utworów z pazurem mamy tytułowy, okraszony cięższymi riffami Sorceress, z gęstym jak smoła wstępem o charakterze fusion, rytmiczny The Wild Flowers, dynamiczny, bardzo udany Chrysalis, bardzo barwny Stange Brew z ciekawymi riffami, porywającymi wokalami Akerfeldta i świetnymi solówkami (jest tu taki bluesowy flow), melodyjny A Fleeting Glance oraz przebojowy i energiczny Era. Może się więc wydawać, że Sorceress to różnorodna płyta. Trudno temu zaprzeczyć. Każdy utwór przynosi inne rozwiązania muzyczne i nawet w tych dynamicznych utworach mamy sporo zwolnień i na wpół akustycznej gry. Roi się od solówek, a Opeth często przypomina swoje "złote lata", jak w drugiej części Will O The Wisp czy Strange Brew.

Jestem przekonany, że Akerfeldt miał ogrom frajdy przy nagrywaniu tego wydawnictwa. Po pierwsze, każdy utwór jest inny. Sorceress to duże muzyczna spektrum. Po drugie, w każdym utworze Szwed śpiewa w inny, nowy dla siebie sposób. Szersza skala, różne tonacje - muzyk podkreślał, że czuje, że się rozwija. I to czuć. Czuć także, że jest to album szalenie dopracowany, do którego muzycy ogromnie się przyłożyli. Mamy poczucie obcowania z dojrzałą płytą, nagraną przez dojrzały i pewny swego zespół. Jest różnorodnie, bardzo bogato od strony kompozycyjnej i od aranżacyjnej. Otrzymujemy odpowiedni balans melodii oraz ciekawej instrumentalnej gry. Niby wszystko powinno się zgadzać, ale...

Nie chciałem w tym tekście wracać do przeszłości Opeth i porównywać ten album do tych z "poprzedniej epoki". Swoją drogą Akrefeldt, decyzją o podążaniu własną, niezależną muzyczną ścieżką, mocno mi zaimponował. Muzyka to jednak nie matematyka. Tu liczy się przede wszystkim ładunek emocjonalny, nie techniczne zawiłości. Niestety na Sorceress tego ładunku po prostu brakuje... Od premiery wydawnictwa minął już ponad miesiąc. I choć album szybko wpada w ucho i słucha sie go dosyć przyjemnie to przyznam, że wracać do tej płyty mi się zwyczajnie nie chce. Pewnie zagości w moim odtwarzaczu za jakichś kilka tygodni, ale towarzyszyć będą temu bardziej powódki przypomnienia sobie i ponownego przetestowania materiału. Co innego w przypadku Still Life, Damnation czy nawet Watershed. Tu przed oczyma widzę prawdziwą muzyczną przygodę... Epoka lat 70-tych minęła bezpowrotnie. Sentymentalne powracanie do takiego, jak i innego grania, nigdy nie będzie naznaczone oryginalnością i naturalną pasją, a co za tym idzie granie takie nigdy nie będzie produktem wybitnym.

Okładka płyty miała obrazować piękno i bestialstwo, które na tym albumie potrafią współistnieć, wzajemnie się dopełniając. Cięższe i lżejsze fragmenty rzeczywiście często się tu przeplatają, jednak za kwintesencję Sorceress uznałbym po prostu tytuł albumu. Piękna, zwiewna Guślarka, która pojawia się i znika, nie napastuje, a subtelnie naznacza swoją obecnością, potrafiąca oczarować ale i brutalnie zemścić się. Właśnie ten obraz widzę przed oczyma słuchając muzyki Opeth. Sorceress to bez wątpienia udany album. Moim zdaniem najlepszy od zmiany frontu grupy w roku 2010. Różnorodny, bogaty muzycznie, spójny, bez słabych punktów. Tym razem Akerfeldt może być z siebie dumny. 

Lista utworów:
01. Persephone
02. Sorceress
03. The Wilde Flowers
04. Will O The Wisp
05. Chrysalis
06. Sorceress 2
07. The Seventh Sojourn
08. Strange Brew
09. A Fleeting Glance
10. Era
11. Persephone (Slight Return)
Utwory dodatkowe:
12. The Ward
13. Spring MCMLXXIV
14. Cusp Of Eternity (Live)
15. The Drapery Falls (Live)
16. Voice Of Treason (Live)

wtorek, 18 października 2016

Recenzja: Marillion - F*** Everyone And Run (F E A R) (2016)


Na nową płytę Marillion czekałem z umiarkowanym optymizmem. Spore nadzieje wzbudzały wypowiedzi samych muzyków, którzy o materiale opowiadali z ogromnym podekscytowaniem, a którzy oceniali album jako jeden z najlepszych w ich karierze. Sam Steve Rothery stwierdził, że obok Brave i Marbles będzie to ich najlepszy album. Odważnie, ale rzeczywiście wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na jedno - będzie to dobry album.

Od Sounds That Can't Be Made minęły 4 lata. Choć poprzednia płyta zebrała dość dobre recenzje, to w zespole podobno wrzało. Nawarstwiło się wiele problemów, których rozwiązane dało pozytywny impuls do sesji nagraniowych 18. albumu Marillion. Zespół, jak ma w zwyczaju od czasów płyty Anoraknophobia, oparł prace nad albumem na wspólnym jammowaniu. Takich sesji było podobno rekordowo dużo, rekordowo dużo pojawiło się także wartościowych fragmentów muzyki. Całość złożono z najlepszych z nich.

Na F*** Everyone And Run ostatecznie trafiło 5 (albo 6 - zależy jak patrzeć) utworów, skompletowanych z 17 muzycznych fragmentów. W sumie aż 68 minut muzyki, czyli, dość tradycyjnie w przypadku Marillion, długa płyta. Na ten album należy jednak patrzeć z perspektywy liczby 17. Same utwory, choć długie, to raczej zlepek poszczególnych fragmentów obudowanych jedynie zewnętrznie. Na to zresztą wskazywał charakter pracy - panowie zapisywali wszystkie ciekawe pomysły, a później łączyli w całość te najbardziej do siebie pasujące. Dlatego też ciężko mówić o tym albumie jako zamkniętej formie dla zindywidualizowanych bytów. Prócz dwóch dosyć zwartych kompozycji mamy do czynienia, jakby to nie miało nazwać, z muzyczną masą. Nie ma tu zwrotek, nie ma refrenów, jest o prostu płynąca muzyka i słuchając tego albumu naprawdę ciężko wskazać w którym utworze się znajdujemy. Co warto podkreślić, chyba pierwszy raz (!) w historii zespołu grupa nie postawiła na ani jeden prostszy utwór o zabarwieniu hitu radiowego. Przez to, choć nie tylko, płyta jest szalenie spójna.

Sam album miał być podobny do Marbles i Brave - tak przynajmniej twierdził Steve Rothery. Czy jest podobny? Nie. A jeżeli tak, to jedynie pochmurnym klimatem i krótkimi muzycznymi fragmentami, jak na początku The Gold (przywodzi na myśl "sonar" z utworu River z Brave) i The Remainers (ten klimat Brave!), czy w Demolished Lives (gitara otwierająca tworzy klimat jak w Ocean Cloud). Właściwie, co jest muzycznym fenomenem, tej płyty nie da się porównać do... niczego, co Marillion nagrał wcześniej. Oczywiście można doszukiwać się tu mniejszych lub większych podobieństw, ale po raz kolejny zespół pokazał, że mimo wielu lat na scenie ciągle prze do przodu i nie chce się powtarzać. Świadczył o tym przede wszystkim dosyć nieszablonowy, kontrowersyjny tytuł. Czy robi tak grupa odcinająca kupony? Nie.

Album jest odpowiedzią na strach przed zmianami cywilizacyjnymi XXI wieku. Do nieco pesymistycznych i nostalgicznych tekstów została napisana podobna muzyka. Jest tu kilka światełek, ale w większości F E A R ma szarawy, mętny, nieco rozleniwiony klimat. W tej materii najbliżej mu do Happiness Is The Road, Volume 1: Essence. Tu także sporo mamy instrumentalnej, stonowanej i powoli rozwijającej się gry. Na F*** Everyone And Run uświadczymy ponadto najmniej w historii Marillion solówek Rotherego (czyli da się bez tego nagrać dobry album! kiedyś nie do uwierzenia), przewspaniałą, pomysłową grę Iana Mosleya (chyba najlepsze partie od wielu, wielu lat), a także taki "od niechcenia" śpiew Steve'a Hogartha. Brzmieniowo jest blisko Sounds That Can't Be, ale bardzo miło usłyszeć gitarę Rotherego, która po raz kolejny brzmi... inaczej! Ponadto warto zwrócić baczną uwagę na gęstą fakturę płyty. Skończył się czas opierania muzyki na pomysłach gitarzysty Marillion. Od kilku wydawnictw mamy do czynienia z gęstą, wielopłaszczyznową muzyką i ten trend nie tyleż został podtrzymany, ileż uwypuklony.

Tu pojawia się zazwyczaj akapit o poszczególnych utworach. Tym razem nie mam zbyt wiele do napisania. To dlatego, że nie ma tu kompozycji, które można szczególnie wyróżnić albo takich, które robią wyjątkowe wrażenie. Naprawdę - nie da się. Jest po prostu bardzo, bardzo równo.

Ta płyta potrzebuje sporo czasu. Niestety od wielu lat Marillion komponuje tak, że dopiero przy wielu odsłuchaniach muzyka grupy zaczyna kwitnąć. Ja do albumu musiałem się długo przekonywać. A to nie podobał mi się śpiew Hogartha, a to za mało było solówek Rotherego, a to męczył dziwny klimat wydawnictwa... narzekań na początku było sporo, ale w końcu do tej muzyki przywykłem. No i te 70 minut. Ja szczerze nie znoszę takich długich albumów, chyba tylko kilku słucham z przyjemnością. Muszę przyznać, że ten... chyba do nich trafi... Złożyło się na to kilka elementów. Po pierwsze płyta jest szalenie równa - chyba pierwszy raz nie muszę z albumu Marillion nic wycinać, co spotykało nawet Brave i momentami Marbles. A że poziom kompozycji jest wysoki, to i jest równie dobra przez cały czas trwania. Po drugie charakteryzuje ją stabilny muzyczny klimat. Marillion zawsze był zespołem mieszającym - na każdym albumie musiało się ze sobą spotkać kilka weselszych utworów i kilka smutniejszych. Tu pod tym względem jest konsekwentnie - pierwszy raz z Hogarthem na wokalu. Tego mi zawsze brakowało.

Daleki jestem od szczególnych zachwytów nad F E A R. Wydawnictwa słucha mi się jednak bardzo dobrze i wracam do niego szalenie często (chyba najczęściej słuchany album w tym roku). To jest po prostu dobra, bardzo dobra płyta i choć nie oszalałem na jej punkcie, to zastanawiam się, ilu lepszych z roku 2016 słuchałem. Z pewnością niewiele. Formacji należy się naprawdę ogromny szacunek i podziw za to, że na 18. albumie w dyskografii ciągle jest w stanie grać świeżo, z pomysłem, tworząc wartościową i oryginalną całość. Niewiele jest takich zespołów, a Marillion to w tej materii wzór do naśladowania.

Litwa utworów:
1. El Dorado (I) Long-Shadowed Sun
2. El Dorado (II) The Gold
3. El Dorado (III) Demolished Lives
4. El Dorado (IV) F E A R
5. El Dorado (V) The Grandchildren of Apes
6. Living in F E A R
7. The Leavers (I) Wake Up In Music
8. The Leavers (II) The Remainers
9. The Leavers (III) Vapour Trails in the Sky
10. The Leavers (IV) The Jumble of Days
11. The Leavers (V) One Tonight
12. White Paper
13. The New Kings (I) F*** Everyone and Run
14. The New Kings (II) Russia's Locked Doors
15. The New Kings (III) A Scary Sky
16. The New Kings (IV) Why is Nothing Ever True?
17. Tomorrow's New Country

wtorek, 13 września 2016

Recenzja: Obscure Sphinx - epitaphs (2016)


Poprzeczkę po ostatnim wydawnictwie Obscure Sphinx zawiesił sobie bardzo wysoko i nieco wątpiłem, czy uda mu się przyćmić znakomite Void Mother. Jaka to będzie płyta też za bardzo nie było wiadomo. Grupa, jak to ma w zwyczaju, podawała informacje w minimalnym możliwym nakładzie. Tak więc o tym, co usłyszymy, przecieków nie było.

Na ten krążek musieliśmy czekać dosyć długo. Tym razem praca zajęła grupie 3 lata, lecz warto pamiętać, że okres po wydaniu Void Mother był dla zespołu zdecydowanie bardziej pracowity niż ten po debiucie. Rewelacyjne przyjęcie albumu wymagało aktywnego koncertowania, tak więc zespół dał sporo występów zarówno w Polsce (m.in. u boku Behemoth i Tides From Nebula) jak i w Europie Zachodniej oraz Południowej. 

Blisko godzina muzyki, sześć dłuższych utworów i klimatyczna okładka, stworzona przez Mario Duplantiera z grupy Gojira. Ten sam skład personalny, ten sam producent, za to nowe studio oraz materiał nagrany na przysłowiową setkę. Tyle wiedzieliśmy o albumie. Sprawę nieco naświetlił singiel Left Out, który dawał częściowy obraz tego, co zobaczymy na epitaphs.

To światło jest w tym przypadku słowem kluczem. Po bardzo gęstym, mrocznym, wręcz dusznym Void Mother grupa postanowiła dać swojej muzyce nieco więcej przestrzeni. Dalej jest to ciężka, nisko strojona i mosiężna mikstura, ale grupa tak jakby pokierowała się zasadą "Nie ważne są dźwięki które grasz, ale te, których nie grasz". W tym względzie epitaphs, bazując na patentach swojego poprzednika, zwraca się w kierunku klimatycznego debiutu. Gdy na Void Mother zespół serwował nam coraz to nowe bodźce, to na epitaphs jest więcej ciszy, instrumenty ustępują sobie nawzajem miejsca, a same utwory są bardzo powoli wprowadzane. Obscure Sphinx bardzo często korzysta z efektu kontrastu, uwypuklając tym samym zwłaszcza cięższe fragmenty. To właśnie nadanie muzyce więcej oddechu, kompozycyjna różnorodność oraz kilka muzycznych eksperymentów (o tym niżej) są głównym wyróżnikiem wydawnictwa.

Bardzo cieszy, że formacja nie tracąc swojego rozpoznawalnego stylu, wprowadziła do swojej muzyki kilka nowych elementów. Choć dalej mamy tu sporo krzyku, to Zofia "Wielebna" Fraś częściej sięga po czysty wokal. Wokalistka dysponuje nieco transowym altem, który mi przywodzi na myśl barwę często słyszaną w muzyce etniczno-folkowej. Ta pasuje do twórczości Obscure Sphinx doskonale. Tym bardziej, że "Wielebna" odgrywa swoje muzyczne partie z prawdziwym zaangażowaniem, dając odczuć słuchaczowi depresyjny, mroczny ładunek emocjonalny i artystyczną szczerość. Po raz kolejny usłyszeć możemy również głos Aleksandra "Olo" Łukomskego, którego gardło od czasu Void Mother nabrało sporo mocy i charakteru, a który to brzmi już naprawdę dojrzale. Gitarowo zaś jest nieco delikatniej. Gitarzyści rzadziej ostrzeliwują riffami i rzadziej korzystają z przesteru, częściej posiłkując się elementami typowymi dla muzyki post-rockowej. Często budują utwory w inny sposób niż na poprzedniej płycie. Więcej jest gry, która posiłkuje wokal niż mu współtowarzyszy lub dominuje (na poprzednich płytach wokal był dodatkowym instrumentem, tu częściej jest po prostu wokalem). Perkusyjnie też mamy małą odmianę. Mateusz Badacz jakby mniej "kotłuje", a rozszerza spektrum użycia swojego zestawu. Wszystkie powyższe elementy sprawiają, że przy odsłuchu płyty mamy wrażenie sporej różnorodności albumu. Może nie gatunkowej, ale kompozycyjno-aranżacyjnej. Wiele dzieje się z perspektywy poszczególnych instrumentów (to z pewnością najbardziej rozbudowana płyta Obscure Sphinx wokalnie, gitarowo oraz perkusyjnie), ale i całości. Ale nie tylko z tej strony album brzmi bardzo przekonująco. Od strony produkcyjnej płycie również należy wystawić wysoką notę. Brzmi bardziej naturalniej niż poprzedniczka, a zarazem odczuwa się pewien dystans między dźwiękiem, a naszymi uszami.

Kilka słów o poszczególnych utworach. Album otwiera wybrany na singiel Nothing Left, o charakterze zbliżonym do materiału z Void Mother. Mamy tu nagromadzenie ciężkich riffów, ale i lżejsze gitary (6 minuta) oraz trochę post-rockowego grania (9 minuta). Wokalistka zaś krzyczy, klimatycznie "zawodzi", a także używa wyższego rejestru. Szerokiemu wachlarzowi wokalnemu towarzyszy też wielobarwna produkcja - w zależności od momentu atakuje on z innej pozycji. Do kolejnego utworu wprowadza nas zaś... fortepian i gitara akustyczna! Memories Of Falling Down rozwija się bardzo powoli. "Wielebna" śpiewa tu momentami naprawdę bardzo nisko, przyjemnie buzują gitary, a zespół decyduje się na mocne uderzenie dopiero w 7 minucie. To kompozycja w dużej mierze bazująca na wokalu i przez dłuższy czas to właściwie on kreuje charakter utworu. Pięknie brzmi zwłaszcza poruszające zakończenie. Ciekawy jest trzeci na liście Nieprawota. To utwór o black metalowym zabarwieniu (od 2 minuty), a takiego klimatu w muzyce Obscure Sphinx jeszcze nie było. Bardzo dobre wrażenie robi ciężkie zakończenie. Podobnie zaczyna się kolejny Memorare, z wiodącą, kąsającą linią basową. Tu także jest dość blackowo. Wokalistka nieco zaskakuje zejściem o pół tonu pod koniec 6 minuty - przykuwa to uwagę, jest to bardzo zapamiętywalny moment. Najkrótszy na płycie Sepulchre, to jeden z moich faworytów. Zaczyna się niesamowicie klimatycznie, zespół całkowicie zatapia w muzycznej otoczce, by za chwilę... przywalić żelastwem z dziesiątego piętra. Jest mocno, bezkompromisowo i brutalnie. Kwintesencja Obscure Sphinx. Płytę zamyka At The Mouth Of The Sounding Sea, który, podobnie jak singiel, zespół wykonywał na żywo na dunk!festival2016. To jeden z najlepszych utworów na płycie - wyróżnić trzeba zwłaszcza rewelacyjne partie gitar. To również prawdopodobnie najlepsze wokale "Wielebnej" na całym albumie - brzmi ona genialnie i chciało by się więcej tak różnorodnego krzyku! Podobnie jak Paragnomen na debiucie, The Mouth Of The Sounding Sea zamyka wydawnictwo naprawdę mocnym akcentem. Kto wie, być może to nawet najlepszy utwór w całej dyskografii grupy.

Jest dobrze - trudno to ukryć. Czy jest coś, co można uznać za minus tego albumu? Do niewielu rzeczy da się przyczepić i moje szpileczki to bardziej kwestia gustu. Z pewnością jest to płyta, na której, choć zespół sporo eksperymentuje, to jednak porusza się po znanych sobie terenach i bardziej kultywuje osiągniętą pozycję, niż próbuje śmiało zaatakować inne rewiry. Przyznam, że oczekiwałem małej rewolucji. Osobiście bliżej mi było także do bezpośredniego brzmienia poprzednika. Tak jak wspomniałem są to raczej moje personalne preferencje i część słuchaczy może uznać je jako walor.

Na tej płycie Obscure Sphinx nie łamie już kołem. Zespół bardziej zatapia słuchacza w muzycznym klimacie i daje mu czas na samodzielne przeżywanie jego własnych życiowych dramatów. Grupa nie zatraciła przy tym swojego charakteru, jednocześnie wyprowadzając nowe, nieznane słuchaczowi ciosy. To duży atut tego wydawnictwa. Nie mam żadnych wątpliwości, że Obscure Sphinx po raz kolejny stanął na wysokości zadania. To po prostu rewelacyjna płyta i ciężko oderwać się od tej muzyki.

Lista utworów:
Part I: Pre-mortem
1. Nothing Left
2. Memories Of Falling Down
3. Nieprawota
Part II: Post-mortem
4. Memorare
5. Sepulchre
6. At The Mouth Of The Sounding Sea

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Recenzja: Obscure Sphinx - Void Mother (2013)

 

Plany zrecenzowania tego albumu miałem już od dawna. Właściwie o drugiej płycie Obscure Sphinx chciałem napisać zaraz po premierze, ale jakoś się nie złożyło. Plan jednak pozostał, a wielkie odliczanie do pojawienia się na półkach trzeciego longplaya stało się tu ostatecznym motywatorem. 

Bardzo liczyłem na tę płytę. Obscure Sphinx zarówno swoją formą koncertową jak i debiutanckim albumem zwalał z nóg. Bez mrugnmięcia okiem stawiałem grupę jako jedno z największych odkryć polskiej muzyki rockowej (?) ostatnich lat. Zetknięcie z Void Mother okazało się jednak dość brutalne. Pierwszych kilka odsłuchań naznaczonych było sporym rozczarowaniem. Ta płyta okazała się sporo inna od poprzedniczki.

Zespół przystąpił do nagrywania płyty w nowym składzie. Gitarzystę Bartosza Badacza zastąpił Aleksander "Olo" Łukomski. Czy miało to wpływ na ostateczny kształt albumu? Zdaje się że tak, bo, z tego co wiem, nowy nabytek zespołu lubuje się w dużo cięższych brzmieniach niż jego poprzednik, a Void Mother jest właśnie... cięższą płytą. Pierwszym i najważniejszym elementem różnicującym obie płyty jest nacisk tematyczny, na Anaesthetic Inhalation Ritual postawiony na brzmienia post rockowe, zaś na Void Mother na sludge. AIR było bardziej przestrzenną płytą, Void Mother to twór o wiele bardziej intensywny, gęsty i bezpośredni. Roi się tu od ciężkich riffów, gra perkusji jest bardziej ekspresyjna, a dużo mniej jest typowo post rockowych zagrywek i delikatności.

Na płytę składa się 9 utworów, trwających łącznie blisko 70 minut, o dosyć równej i w każdym przypadku wysokiej wartości. Na wyróżnienie zasługują zwłaszcza: totalnie miażdżący Lunar Caustic, do którego zrealizowany został również udany teledysk,  emocjonalny i twórczo autentyczny (wokalistka podobno popłakała się podczas nagrywania) Velorio i rozbudowany, melodyjny The Presence Of Goddess, które z pewnością na długo nie opuszczą koncertowej setlisty zespołu. Trójka zasługuje na najwyższe noty, ale pozostałej zawartości krążka także trudno cokolwiek zarzucić. Można powiedzieć, że są tu same dobre utwory, a swoją drogą ciężko trafić na równy krążek o takim czasie trwania.

Zespół należy pochwalić także ze świetną oprawę graficzną - okładka idealnie obrazuje zawartość płyty i sama w sobie prezentuje się znakomicie. Duży postęp zrobiony został w zakresie produkcji muzyki. Album brzmi o wiele profesjonalniej niż debiut, a to co zasługuje na burzę braw to selektywność (jak te instrumenty obok siebie pięknie współbrzmią!) i dopracowanie pod względem aranżacyjno-kompozytorskim. To niesamowicie doszlifowany album, na którym brakuje zbędnych dźwięków.

Void Mother to wyśmienita płyta. Trochę czasu zajęło mi wkręcenie się w nią, ale po upływie blisko trzech lat moja opinia na jej temat jest bardzo stabilna. Grupa udowodniła, że obiecujący debiut nie był przypadkiem i poszła za ciosem. Void Mother to bowiem płyta lepsza od AIR, a szybko rosnąca popularność grupy jest tego najlepszym dowodem.

Lista utworów:
01. Lunar Caustic
02. Velorio
03. Waiting for the Bodies Down the River Floating
04. Feverish
05. Nasciturus
06. Meredith
07. Decimation
08. Void
09. The Presence of Goddess

środa, 4 marca 2015

Recenzja: Steven Wilson - Hand. Cannot. Erase. (2015)


Wiedziałem, że będę chciał zrecenzować ten album. Gdy tylko płyta trafiła w moje ręce mocno docisnąłem słuchawki do uszu, wcisnąłem przycisk "Play" i w pełnym skupieniu, z dokładnością księgowego przystąpiłem do badania wydawnictwa. Pierwsze wrażenie? Delikatne rozczarowanie... Był to niedzielny wieczór więc kilka godzin później udałem się do radia. Po powrocie z audycji zabrałem się za wykonywanie poaudycyjnych obowiązków, w trakcie których pomyślałem: "Do diaska! Muzyka nie jest po to by ją z uporem maniaka analizować. Muzyka ma płynąć, ma rozluźniać, ma być naszym codziennym towarzyszem... A niech leci!". Nocną pracę przy komputerze wykonywałem już w towarzystwie dźwięków z Hand. Cannot. Erase.. Wrażenia z jakimi pozostawił mnie album po tym "luźnym" odsłuchu? Całkowicie odmienne.

Gdy Steven Wilson obwieścił jakiemu tematowi poświęcił album oraz opublikował jego okładkę, od razu na myśl przyszedł mi album Brave autorstwa Marillion. Zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku szatę graficzną zdobiła twarz kobiety, zaś podmiotem lirycznym była młoda dziewczyna, której życie pełne jest problemów. Szybko dało się jednak zauważyć, że opowieść Wilsona jest zdecydowanie bardziej głęboka i wielowymiarowa. Muszę przyznać, że muzyk idealnie trafił z tematem w przedmiot moich ostatnich przemyśleń...

W Warszawie mieszkam od kilku lat i z każdym miesiącem to miasto wzbudza we mnie coraz bardziej mieszane uczucia... Pochodzę z małej miejscowości. Za młodu nie wiedziałem co to Internet, nie używałem telefonu komórkowego, a ze znajomymi umawialiśmy się by pograć w piłkę po szkole na przysłowiową gębę. Każdy o 17. miał być na boisku. Ludzie, czy to starsi czy to młodsi, traktowali się z szacunkiem i, co najważniejsze, widzieli w sobie przyjaciół. Sąsiedzi witali się zawsze z uśmiechem i oferowali pomocną dłonią. Życie w wielki mieście jest zaś bezlitosne. To, że na nic nie starcza czasu to akurat mały problem. Bolesne są relacje międzyludzkie. W Warszawie króluje wzajemna obojętność, znieczulica, ciągła rywalizacja bez żadnych skrupułów. Gdy słyszę w pracy rozmowy rodziców, którzy już od małego tresują dzieci na korpo-roboty łaknące sukcesu, zaczynam się zastanawiać dokąd to wszystko zmierza. Gdzie podziała się prosta, ludzka radość? Gdzie beztroska i cieszenie się każdym kolejnym dniem? Niestety faktem jest, że społeczeństwo opanowała niekończąca się pogoń i z bólem serca muszę przyznać, że sam z każdym rokiem coraz mocniej jej ulegam... a ja nie chcę tak żyć. Steven Wilson w utworze zamykającym albumie pisze: Hey brother, I’d love to tell you I’ve been busy but that would be a lie. Niezwykle proste słowa, a przekazujące wiele.

Bohaterem recenzowanego albumu jest młoda, atrakcyjna dziewczyna, posiadająca wielu znajomych i bogate życie towarzyski. Kobieta zniknęła i... po 3 latach została znaleziona martwa we własnym mieszkaniu. Nie, nie chodzi o to, że zaginęła. Problemem, nad którym pochylił się Steven Wilson jest to, że... przez ten okres czasu nikt się nią nie zainteresował. Dziewczyna, mające spore problemy wewnętrzne, wycofywała się z życia towarzyskiego. Nikt nawet nie pomyślał żeby jej pomóc, zainteresować jej losem. Wielkie miasto zostawiło ją samej sobie, co zakończyło się wielką tragedią.

Bardzo spodobały mi się dwie ostatnie płyty Wilsona. Od Hand. Cannot. Erase. oczekiwałem więc sporo, choć delikatnie się zawiodłem, gdy Steven Wilson ogłosił, że jego najnowsze dzieło będzie prostsze, różnorodne i melodyjne. Gdyby zastanowić się nad trzema przymiotnikami określającymi ten album, to chyba te przyszłyby mi do głowy na samym początku. 

Hand. Cannot. Erase. to niemal 70 minut muzyki zamkniętej w jedenastu kompozycjach. Wydaje się, że proces twórczy jaki przeszedł album był zdecydowanie inny od The Raven That Refused to Sing (And Other Stories). Na poprzednim krążku Wilson budował utwory skrojone pod wybrany wcześniej temat. Mam wrażenie, że na Hand. Cannot. Erase. znalazły się takie kompozycje, na które akurat autor miał ochotę. Na wydawnictwie znajdziemy prostsze utwory nacechowane piosenkowo (Hand Cannot Erase, Happy Returns), instrumentalne obrazy (First Regret, Ascendant Here On...), złożone kompozycje mocno przywodzące na myśl Porcupine Tree (3 Years Older, Home Invasion), krótkie formy instrumentalne zbudowane na gitarowych pasażach (Transience), a także fragmenty nieco eksperymentalne (Perfect Life). Na płycie Steven Wilson ze swoim zespołem ciągle żongluje używanymi tematami (świetnym przykładem jest utwór Ancestral), momentami wchodząc nawet w cięższe brzmienia. Efektem jest niezwykle wielobarwny album, który mimo wszystko cechuje spójność i którego bardzo dobrze słucha się jako całości. To, co mogłoby być wadą tego wydawnictwa jest jego atutem. Od premiery minął niespełna tydzień, a już jestem pewny, że spośród wszystkich dotychczasowych solowych wydawnictw Brytyjczyka ten album w najlepszym stopniu trafi do fanów jego muzyki. Na Hand. Cannot. Erase. każdy znajdzie coś dla siebie i mówię to nawet na własnym przykładzie. Nigdy nie przepadałem za twórczością Porcupine Tree i tego typu utwory nie do końca mnie przekonują. Jestem jednak pewny, że fani tej formacji, którym akurat nie spodobał się The Raven That Refused to Sing (And Other Stories), przez dłuższy okres czasu nie będą mogli oderwać się od kilku fragmentów z najnowszego albumu.

Hand. Cannot. Erase. to zupełnie inna płyta niż The Raven That Refused to Sing (And Other Stories). Cechą, która szczególnie wyróżnia najnowszą pozycję Stevena Wilsona jest to, że muzyka z wydawnictwa nadaje się do słuchania... wszędzie i o każdej porze dnia, czego nie mógłbym powiedzieć o mrocznym i wymagającym skupienia poprzedniku. Hand. Cannot. Erase. słucha się dobrze podczas powrotu tramwajem z pracy, a także w zaciszu domowym czy na dobranoc. Słuchacza z jednej strony porwą wspaniałe melodie i wpadające w ucho linie wokalne, a z drugiej strony głowić się będzie nad ciekawymi rozwiązaniami kompozycyjnymi. Mimo wszystko mam wrażenie, że na wydawnictwie brakuje muzycznych pomników, jakim był chociażby Drive Home. Wszystkie kompozycje, które znalazły się na najnowszym wydawnictwie Wilsona, cechuje bardzo wysoki poziom artystyczny, ale żaden z nich indywidualnie wybija się na ten najwyższy poziom. Duży potencjał ma najdłuższy na płycie Ancestral, lecz jego niejasna struktura może obniżać ostateczną ocenę.

Pisząc recenzje zawsze staram się unikać własnych ocen. Nie chcę sugerować Wam jak macie dany album odbierać i jak macie go oceniać. Usiłuję raczej dzielić się z Wami moimi przemyśleniami i uwagami, które pomogłyby Wam lepiej zrozumieć dane wydawnictwo niż być Waszymi uszami. Jestem przecież zwykłym słuchaczem tak jak każdy z nas! Niemniej jednak w tym wypadku nie mogę nie pozwolić sobie podsumować Hand. Cannot. Erase.. Cóż, ta płyta jest po prostu... wspaniała! Choć najwyraźniej brakuje tu kompozycji, które za dziesięć lat będą wymieniane jednym tchem jako swoiste muzyczne kanony, to sama budowa albumu, mnogość wykorzystanych pomysłów, ciekawe rozwiązania kompozycyjne i przepiękne melodie stanowić będą o jego wyjątkowości. Walorem wydawnictwa jest jego wielowymiarowość, kapitalne brzmienie oraz produkcja (chyba nie słyszałem tak wybornie brzmiącego albumu), a także ciekawy liryczny koncept, zmuszający do zastanowienia i dobrze korespondujący z muzyką. Od muzyki z Hand. Cannot. Erase. czuć świeżość i to, że pisana była na wielkim luzie, bez przesadnej chęci udowadniania czegoś czy wpasowania się w jakiekolwiek trendy. Steven Wilson zresztą nie musi im podlegać, bo sam je tworzy. Pewnego rodzaju zjawiskiem jest, że muzyka blisko 50-letniego Brytyjczyka ciągle jest żywa. Nie ma tu mowy o żadnym kryzysie twórczym czy zmęczeniu. Wydaje się, że jeszcze przez wiele lat będziemy cieszyć się jego kolejnymi wspaniałymi wydawnictwami. Choć krytykowanie muzyki Wilsona zrobiło się ostatnio modne (?), to spośród aktywnych artystów jest on jednym z nielicznych, którym naprawdę należy się duża uwaga. Ciężko z nim rywalizować, a nawet nadążyć za kolejnymi podejmowanymi przez niego przedsięwzięciami.

Musicie wybaczyć mi ten długi tekst. Recenzje piszę dla Was, ale także dla siebie i po prostu musiałem podzielić się z Wami moimi uczuciami i przemyśleniami (bez problemu mógłbym napisać jeszcze kilka akapitów!). Sama jej długość jednak o czymś świadczy. Hand. Cannot. Erase. nie tylko przyjemnie mi się słuchało (i słucha). Dzieło Stevena Wilsona zmusiło mnie do zastanowienia się nad życiem w XXI wieku, a jednocześnie oderwało od codzienności. To jest największy walor tego wydawnictwa. Muzyka ma być naszym najlepszym towarzyszem, dobrym przyjacielem i codziennym kompanem. Hand. Cannot. Erase. posiada wszystkie te cechy.

Lista utworów:
1. First Regret (2:01)
2. 3 Years Older (10:18)
3. Hand Cannot Erase (4:13)
4. Perfect Life (4:43)
5. Routine (8:58)
6. Home Invasion (6:24)
7. Regret #9 (5:00)
8. Transience (2:43)
9. Ancestral (13:30)
10. Happy Returns (6:00)
11. Ascendant Here On... (1:54)
Czas całkowity: 65:44

poniedziałek, 16 lutego 2015

Podsumowanie wydawnicze roku 2014 (cz. 3/3)

To był naprawdę niezwykle udany i bardzo płodny rok. Ciężko w to uwierzyć, ale w tym roku kolejne wydawnictwa wydali (uwaga! ta lista może przerazić!): Pink Floyd, King Crimson, Genesis, Yes, K. Emerson & G. Lake, Peter Hammill, Gentle Giant, Focus, Ian Anderson, Gong, Colosseum, Curved Air, Eloy, Steve Hackett, Pavlov's Dog... I choć ostateczna forma tych albumów może nie do końca zadowalać, to nie można zaprzeczyć temu, że kluczowe dla rocka progresywnego zespoły nadal, w mniejszym lub większym stopniu, są aktywne, a słuchacz spragniony ambitnych, progresywnych dźwięków ma jeszcze na czym zawiesić ucho.

Podsumowanie to nie jest zbiorem "najlepszych" albumów z roku 2014. Umieściłem w nim pozycje, o których po prostu... miałem ochotę napisać. Część z nich z rockiem progresywnym ma niewiele wspólnego. O emocje tu jednak chodziło, bo one w muzyce są przecież najważniejsze, prawda?

Podsumowanie zostało przygotowane w podziale na trzy części. Trzecia poświęcona została wydawnictwom wydanym między listopadem, a grudniem 2014 roku.



Osada Vida - The After-Effect (02 XI)

Znając polski rynek recenzencki mogłem spodziewać się, że niemal najwyższe oceny nowego albumu Osada Vida są mocno przesadzone. Choć po średnio udanym Particles i uproszczeniu brzmienia zespołu niemal postawiłem na grupie krzyżyk, to po zmasowanej kampanii marketingowej zostałem niejako zmuszony do tego, by sięgnąć po to wydawnictwo. The After-Effect to bez wątpienia duży krok do przodu. Albumu broni zwłaszcza kapitalny singiel i ciekawe, zadziorne partie gitarowe. Choć muzyce zespołu ciągle brakuje czegoś, co mogłoby mnie przyciągnąć na dłużej, to nie mogę nie pochwalić zauważalnego postępu w twórczości formacji. 



Pink Floyd - The Endless River (10 XI)

Moja recenzja tego wydawnictwa była jedną z pierwszych, jakie ukazały się w polskich mediach. Niezwykle cieszy mnie to, że główną myśl tekstu odnalazłem później w wielu innych recenzjach. Do The Endless River trzeba podejść bez oczekiwań. Krytyka tego albumu bierze się głównie z tego, że ta płyta Pink Floyd nie brzmi tak, jakby niektórzy chcieli. Tu nie ma wokali ani chwytliwych szlagierów, do których zespół przyzwyczaił - stąd wielki zawód, o który fani sami się doprosili. Choć z pewnością można na ten album narzekać, to ja zawzięcie będę go bronił. Ktoś w jednej z recenzji pytał "No dobra, ale kto będzie do tego albumu wracał?". Ja wracam i z każdym dniem wydawnictwo zyskuje w mojej ocenie.



Pain of Salvation - Falling Home (10 XI)

Z kilku względów podchodziłem do tego albumu z rezerwą. Po pierwsze nigdy nie przepadałem za wydawaniem jakichkolwiek przeróbek utworów, nawet w wersjach akustycznych. Po drugie byłem pewny, że wydanie Falling Home zdeterminowane było głównie przerwą w działalnością zespołu, stąd chęć szybkiego wydania "czegoś". Falling Home wypada jednak nadspodziewanie dobrze. Choć jest tu kilka słabszych momentów, to albumu słucha się bardzo przyjemnie. Kilka utworów robi naprawdę duże wrażenie. Powściągliwy materiał okazał się zwłaszcza wspaniałą okazją do zaprezentowania przez Daniela Gildenlöwa swych nietuzinkowych umiejętności wokalnych.



Colosseum - Time on Our Side (14 XI)

Fonograficzny powrót legendarnej grupy spotkał się ze sporym zainteresowaniem. Niestety materiał niewiele ma wspólnego z progresywnymi korzeniami Colosseum. Time in Our Side to wydawnictwo skonstruowane z prostszych, przebojowych utworów. Dzięki temu, że formacja umiejętnie żongluje używanymi środkami, to albumu słucha się naprawdę przyjemnie. Muzycy na przemian sięgają po blues, jazz czy rock'n'roll. Roi się tu także od dobrych melodii, a podstarzałe wokale muzyków tylko nadają temu wydawnictwu klimatu.




Tune - Identity (14 XI)

O zespole już wcześniej słyszałem wiele dobrych słów, jednak to Identity jest pierwszym albumem Tune, po który sięgnąłem. Wydawnictwo ma kilka atutów. Album jest zwłaszcza bardzo dobrze poukładany. Słychać, że każdy element kompozycyjno-aranżacyjnej układanki Tune służy uzyskaniu jednego celu - wykreowaniu wspaniałego muzycznego klimatu. Ta sztuka grupie się udała. Choć nieco dokucza dość irytujący singiel, to cała reszta robi naprawdę bardzo dobre wrażenie. Od wydawnictwa bije muzyczna moc oraz emocje. Te drugie są dawkowane powoli i być może dlatego poruszają słuchaczem na długi czasu.



Gentle Giant - Live at the Bicentennial (19 XI)

Choć muzycy Gentle Giant konsekwentnie dementują możliwość jakiekolwiek scenicznego powrotu, to od kilku lar regularnie przypominają o sobie archiwalnymi wydawnictwami. Nagranie koncertowe z roku 1976, choć pod względem jakości nie jest najwyższych lotów, prezentuje koncertowe wcielenie Gentle Giant w pełnej okazałości. Atutem wydawnictwa jest różnorodny materiał. Choć na trasie promowano album Interview, to szczodrze sięgnięto po nagrania z Free Hand, In a Glass House, The Power and the Glory,a także kultowy Excerpts From Octopus. Szkoda jedynie, że nie zmieściły się bisy. Zwłaszcza wspaniałe Peel the Paint z Three Friends. Tak czy siak warto posłuchać.



Peter Hammill - …all that might have been... (24 XI)

Ciężko oceniać krytycznie twórczość kogoś, kto wydaje muzykę dla własnej przyjemności (wątpię czy po tym wydawnictwie do kieszeni Hammilla sypnie garść gotówki), a ponadto ma na swoim koncie wspaniały muzyczny dorobek. Niestety …all that might have been... ciężko się zachwycać. Jak czytamy w oficjalnym komunikacie: "Ten album jest przeciwieństwem wszystkiego, co Peter Hammill robił do tej pory.". Choć wydawnictwo zachowane jest w typowych dla muzyka mrocznych klimatach, to na dobrą sprawę nie wiadomo z której strony ten album ugryźć. Moje zęby niestety już się stępiły.




King Crimson - The Elements (02 XII)

Nie przepadam za muzycznymi składankami, ale muszę przyznać, że ta jest nad wyraz interesująca. King Crimson nie umieścił na niej utworów w formie znanej fanom formacji. Pokusił się za to na zaproponowanie muzycznych rarytasów i dlatego tej składance należy się większa uwaga. The Elements to utwory "wyciągnięte z szuflady", altrenatywne mixy i nagrania koncertowe, które obejmują całą historię Karmazynowego Króla. Cirkus w wydaniu koncertowym czy Cadence and Cascade śpiewane przez Grega Lake'a to tylko dwa z kilkunastu powodów, dla których warto rzucić okiem na te wydawnictwo.



Gong - I See You (02 XII)

Prawdę powiedziawszy ostatnią płytą Gong, której słuchałem, był wydany w roku 1974 You. Po najnowsze dzieło 76-letniego Daevida Allena sięgnąłem z nieukrywaną ciekawością. Aż ciężko uwierzyć, że w takim wieku można nie tylko aktywnie działać na scenie muzycznej, ale wydawać naprawdę dobre albumy. I See You z pewnością taką płytą jest i choć są tu muzyczne wzloty i upadki, to album skutecznie przenosi w czasie do zakręconych wydawnictw z lat 70-tych. I See You to Gong w pełnej okazałości, a zarazem naprawdę bardzo udana płyta.



Pavlov's Dog - The Pekin Tapes (12 XII)

Jest to chyba jeden z najsmakowitszych archiwów z jakim miałem do czynienia. Pavlov's Dog odkopał archiwalne nagrania z roku 1973, zarejestrowane z myślą o oficjalnym wydaniu. The Pekin Tapes ostatecznie trafił do szuflady, ustępując miejsca Pampered Menial z roku 1974. Co ciekawe oryginalne taśmy miały spłonąć w pożarze kilka lat później. W roku 2014 kopię The Pekin Tapes przypadkowo odnaleziono w zbiorach prywatnych i postanowiono wydać. Na nowo-starym albumie odnajdziemy utwory znane z debiutu (5 kompozycji) w nieco innych wersjach oraz kompozycje dotąd nieopublikowane, a to wszystko w zaskakująco dobrej jakości muzycznej i brzmieniowej. Kilka utworów śpiewanych jest nie przez Davida Surkampa, a jego kolegów z zespołu! The Pekin Tapes robi duże wrażenie i jest kolejnym dowodem na to, że Pavlov's Dog był grupą z wielkim potencjałem.



Light Coorporation - Chapter IV - Before the Murmur of Silence (XII)

Już w połowie słuchania najnowszego albumu Light Coorporation wiedziałem, że obok Rare Dialect będzie to moja ulubiona płyta zespołu. Formacja tradycyjnie już postanowiła nagrać coś "nowego" i po dwóch bardziej oszczędnych albumach postawiła na free jazzowe kompozycje. Struktura albumu jest bardzo gęsta, a kompozycje dynamiczne, choć nie brakuje i subtelnych momentów. Grupa po raz kolejny nie zawodzi. Najnowsze dzieło Light Coorporation to bez wątpienia materiał, po który powinien sięgnąć każdy fan ambitnych dźwięków.Recenzja Opinia Opinie

niedziela, 28 grudnia 2014

Podsumowanie wydawnicze roku 2014 (cz. 2/3)

To był naprawdę niezwykle udany i bardzo płodny rok. Ciężko w to uwierzyć, ale w tym roku kolejne wydawnictwa wydali (uwaga! ta lista może przerazić!): Pink Floyd, King Crimson, Genesis, Yes, K. Emerson & G. Lake, Peter Hammill, Gentle Giant, Focus, Ian Anderson, Gong, Colosseum, Curved Air, Eloy, Steve Hackett, Pavlov's Dog... I choć ostateczna forma tych albumów może nie do końca zadowalać, to nie można zaprzeczyć temu, że kluczowe dla rocka progresywnego zespoły nadal, w mniejszym lub większym stopniu, są aktywne, a słuchacz spragniony ambitnych, progresywnych dźwięków ma jeszcze na czym zawiesić ucho.

Podsumowanie to nie jest zbiorem "najlepszych" albumów z roku 2014. Umieściłem w nim pozycje, o których po prostu... miałem ochotę napisać. Część z nich z rockiem progresywnym ma niewiele wspólnego. O emocje tu jednak chodziło, bo one w muzyce są przecież najważniejsze, prawda?

Podsumowanie zostało przygotowane w podziale na trzy części. Druga poświęcona została wydawnictwom wydanym między sierpniem, a październikiem 2014 roku.



Keith Emerson & Greg Lake - Live From Manticore Hall (22 VII)

Koncert został zarejestrowany podczas trasy koncertowej ELP w 2010 roku. Wbrew pozorom nieobecność Carla Palmera stanowi o wyjątkowości tego wydawnictwa. Muzycy zdecydowali się bowiem na nietypowe wykonania utworów ELP (oraz jednego King Crimson), co dla słuchacza może być nie lada gratką. Ciekawe są zwłaszcza zapowiedzi poszczególnych utworów. Choć koncert ma dosyć liryczny charakter, to na widowni jest naprawdę gorąco. O stosunkach w ELP i samym zespole pisało się różnie, ale ten koncert pokazuje, że Emerson i Palmer mieli prawdziwą frajdę ze wspólnego grania. Co najważniejsze, to granie wyszło im po prostu świetnie.


Ian Anderson - Thick as a Brick - Live in Iceland (25 VIII)

Album zawiera materiał zarejestrowany na żywo podczas trasy koncertowej Iana Andersona, w ramach której prezentował dwie części Thick as a Brick. Mimo tego, że część partii wokalnych muzyka przejął młody Ryan O’Donnell, to nie ma to żadnego negatywnego wydźwięku dla całości. Wydawnictwo jest świetnym materiałem poznawczym dla koncertowego wcielenia Jethro Tull i choć raczej nie jest to muzyka, do której będzie się często wracało, to na pewno warto było ją wydać. Choćby dla jednorazowego odsłuchu.



Orange the Juice - The Messiah is Back (06 IX)

Ten album był mocno oczekiwany już od dłuższego czasu. Grupa ze Stalowej Woli po raz kolejny zaproponowała naprawdę szalony muzyczny materiał (fani Beefhearta, czujcie się zachęceni!), który ciężko jest zaszufladkować. Płytę zbudowano na bazie eksperymentów i gry kontrastami. Twórcy ciągle przeskakują z jednego muzycznego wątku na drugi, nie tracąc przy tym fasonu, a samej muzyki po prostu nie da się objąć w ramy. The Messiah is Back to muzyka dla tych "najtwardszych". Warto pochwalić przepiękne, nietuzinkowe wydanie albumu.



 Steve Rothery - The Ghosts Of Pripyat (IX)

Album zbudowany jest podobnie jak albumy Marillion, zawierając dosyć różnorodny materiał. Mimo tego, że znajdują się na nim prawdziwe perełki, jak otwierający wydawnictwo Morpheus, a muzykowi udaje się stworzyć ciekawy, zimowy klimat, to niestety całości brakuje charakteru i nie zostaje na długo w pamięci. The Ghost of Pripyat delikatnie rozczarowuje i  udowadnia, że muzyce Rothery’ego najlepiej jednak u boku twórczości kolegów z zespołu.





 Opeth - Pale Communion (25 IX)

Jest to sentymentalny, mroczny album choć od czasu do czasu Szwedzi zaskakują, wplatając do muzyki najbardziej przebojowe motywy w swojej historii. Pale Communion można określić jako pomost między ostatnimi albumami Opeth. Wydawnictwo rodzi się z klimatu i sporej ilości muzycznych patentów Watershed, a kompozycyjnym rozmachem zahacza o różnorodne materiałowo Dziedzictwo. Pale Communion to płyta równiejsza i bardziej przemyślana niz Heritage, której słucha się z pewnością lepiej i przyjemniej, ale która zawiera mniej błyskotliwych momentów. Więcej o płycie tu.



Genesis - R-Kive (29 IX)

Składanka ta została wydana z okazji premiery biograficznego filmu o zespole. R-Kive to bez wątpienia nic, czym fan Genesis mógłby się zachwycać. Jedynym walorem wydawnictwa jest umieszczenie na nim solowych dokonań muzyków grupy. Jedynym. Trzypłytowy zestaw można traktować jako finansową pułapkę na największych fanów zespołu, bo z pewnością nie jest to zestaw, który można by polecić młodym adeptom sztuki (prog)rockowej.





Lunatic Soul - Walking on a Flashlight Beam (13 X)

Wygląda na to, że jestem jednym z nielicznych słuchaczy, którzy są zawiedzeni tym wydawnictwem. Najnowszy album Mariusza Dudy mimo wszystko muszę ocenić pozytywnie. Nie przyniósł mi on jednak tak wielu emocji jak czarny czy biały Lunatic Soul. Cóż, wydaje się, że temu wydawnictwu potrzeba po prostu więcej czasu lub szczególnych okoliczności do pokazania swych największych walorów (do kolegi po fachu "trafił" dopiero po kilku miesiącach). Warto podkreślić, że twórca zarejestrował wszystkie dźwięki (prócz perkusji) samodzielnie.



Pendragon - Men Who Climb Mountains (X)

Na Men Who Climb Mountains Nick Barrett zwolnił. Pendragon złamał trend coraz to głębszych modyfikacji stylu, na nowej płycie mocniej nawiązując do Pure, a nawet baśniowych wydawnictw z lat 90-tych. Nacisk postawiony został na spokojny klimat i mocno podkreślone gitarowe melodie. Choć jest tu sporo niezwykle udanych muzycznych rozwinięć to zespołowi w niektórych momentach brakuje przysłowiowego postawienia kropki nad "i". Więcej o płycie tu.





Solaris - Marsbéli Krónikák II (25 X)

Koneserzy gatunku z pewnością wymienią Marsbéli Krónikák jako jedną z najciekawszych progresywnych płyt lat 80-tych. Po trzydziestu latach węgierski Solaris postanowił zmierzyć się ze swoją legendą, nagrywając kontynuację debiutu. Wydawnictwo powinno zadowolić fanów formacji. Zespół świetnie poradził sobie łącząc kolejne muzyczne wątki z wykorzystaniem bogatego instrumentarium oraz przemycił wiele porywających melodii, zaskakując przy tym pomysłami. Mimo nie do końca zadowalającej produkcji oraz muzycznych nierówności druga część Kronik marsjańskich z pewnością jest godną kontynuacją kultowego debiutu.



Mono - The Last Dawn / Rays of Darkness (28 X)

The Last Dawn oraz Rays of Darkness to wydawnictwo dwupłytowe, prezentujące dwa muzyczne odcienie muzyki grupy. Na pierwszym dysku królują delikatne dźwięki z mocno wyciszonym klimatem. Na drugim muzycy prezentują, jak na standardy Mono, niesamowicie mroczną i posępną muzykę. Japońska grupa po raz kolejny zaskakuje i udowadnia, że aktualnie jest jednym z nielicznych post rockowych zespołów, na którego wydawnictwa warto zwracać baczną uwagę. Najnowsza pozycja zespołu wzrusza oraz pozwala odpłynąć zszarganej życiem codziennym duszy.



Premiata Forneria Marconi - Un'Isola (28 X)

Od wydania L'isola di niente minęło 40 lat. Z okazji tej rocznicy muzycy PFM postanowili zagrać ten album na żywo w całości, a zarejestrowany koncert wydać. Największym walorem Un'Isola jest możliwość wyłapania smaczków oryginalnego nagrania. Brzmienie koncertowego wydawnictwa, choć nie najlepsze, jest zdecydowanie bardziej selektywne niż to z L'isola di niente, dzięki czemu materiał brzmi żywo i przejrzyście. Choć sam koncert nie jest zbytnio emocjonujący, to jest to bez wątpienia świetna propozycja dla fanów Premiata Forneria Marconi.




Ordinary Brainwash - #I'mNotAddicted (29 X)

Ordinary Brainwash to muzyczny projekt 25-letniego Rafała Żaka, który... wszystko robi sam. Śpiewa, pisze teksty, nagrywa wszystkie partie instrumentalne, a także ostatecznie miksuje materiał. Album to bez wątpienia najlepsze wydawnictwo muzyka. Zawiera on różnorodny, ale spójny materiał, który stylistycznie mocno zbliżony jest do twórczości Stevena Wilsona. Warto pochwalić wydawnictwo nie tylko od strony muzycznej, ale i lirycznej. Rafał Żak bardzo umiejętnie zmierzył się z problemem uzależnienia od mediów społecznościowych. Więcej o płycie tu.



Cz. 3 (listopad-grudzień) wkrótce... Recenzja Opinia Opinie