Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncerty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncerty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lipca 2026

Relacja: BEAT w Stratocastle (Ćmielów)


Przez lata wspomnienia potrafią się zacierać, natomiast mam duże przekonanie, że koncert BEAT był prawdopodobnie najlepszym koncertem, jaki widziałem w życiu, a z pewnością w ciągu ostatnich pięciu lat.

Po pierwsze - luz. Od muzyków biły radość, uśmiech, lekkość. Przekładało się to na niezwykle energetyczne doświadczenie - zupełnie inne od statycznych koncertów King Crimson po reaktywacji z 2013 roku.

Po drugie – wirtuozeria. Każdy z muzyków wyczyniał po prostu niestworzone rzeczy, ale jednocześnie w sposób niekłócący się z granym utworem. Możliwości instrumentów zostały nagięte do absolutnego maksimum. Ten wieczór ukazał, że ludzka kreatywność nie zna granic. Jeśli tak będą grały kolejne pokolenia, to muzyka na pewno nie zginie.
Bohaterech wieczoru było czterech, ale nie skłamię twierdząc, że to zwłaszcza Steve Vai rzucił publiczność na kolana. Pisałem to już w recenzji albumu koncertowego, ale angaż Amerykanina jest strzałem w dziesiątkę. Ciężko to ubrać w słowa - ja takich dźwięków nie słyszałem nigdy wcześniej. 

Po trzecie - wykonanie. Po koncercie odtworzyłem sobie płytę "Beat". Jestem pod wielkim wrażeniem, w jaki sposób muzycy unowocześnili ten materiał, w jaki sposób nadali mu nowe życie. Tutaj duża zasługa wcześniej wspomnianego gitarzysty.

Po czwarte - repertuar. Było tu wszystko. Nie zabrakło muzycznych eksperymentów, zabawy instrumentami, utworów sentymentalnych i dynamicznych, solówek, czy duetów wokalnych. Koncert dzięki temu cechował się ogromną dynamiką.

Po piąte - puls. Zjawiskiem jest, że przy tak "matematycznej" muzyce, nie gubi ona pulsu. Jak to się mówi - po prostu bujało. Zwłaszcza przy drugim secie bawiłem się doskonale, a ciało poruszało się samo.

Było to wydarzenie warte każdych pieniędzy. Oby projekt BEAT trwał jak najdłużej i koncertował jak najwięcej.

piątek, 1 grudnia 2023

Relacja: Riverside w Hala OSiR Bemowo (Warszawa)

Widziałem na żywo setki artystów. Wyjść z koncertu przed czasem zdarzyło mi się tylko kilka razy. Nie jestem w stanie uwierzyć, że od tego roku dotyczy to występu jednego z moich ulubionych wykonawców. 

Zacznijmy od prezentowanego materiału. W mojej ocenie ID.Entity to płyta co najwyżej średnia, co potwierdziło wykonanie go na żywo. Niestety temu materiałowi i studyjnie, i koncertowo do energii Left Out czy Egoist Hedonist daleko. Przy Landmine Blast czy Post-Truth po prostu się wynudziłem, rozczarowało mnie Big Tech Brother - spodziewałem się, że wersja koncertowa wysadzi mnie z butów, natomiast utwór odebrałem bez jakichś większych emocji. Na plus muszę zapisać środkową część The Place Where I Belong. Nie zawiodło zaś Friend of Foe? - zarówno na płycie jak i na żywo broni się znakomicie.

Po drugie dialogi lidera zespołu. Przyznam, że słuchanie i czytanie przez ostatnich 10 lat "nie, nie jesteśmy progresywnym zespołem" stało się nie tyleż nudne, co irytujące. Panie Mariuszu, gatunki tak się rozmyły że w roku 2023 to już naprawdę nikogo nie interesuje. Ileż można o tym gadać? Poza tym, gdzie dziennikarze mają Was klasyfikować, jeśli chociażby na ostatnim albumie macie tylko jeden numer poniżej 5 minut? Szufladki "artrock", "rock sentymentalny" nie przyjęły się, natomiast zespoły "rockowe" są kojarzone z utworami piosenkowymi. Nie jesteście Cool Kids of Death! Pink Floyd jest charakteryzowany jako grający rock progresywny, a materiał mają dużo bardziej łagodny i piosenkowy od Waszego. Nie wiem skąd to ciągłe oburzanie się na cały świat.

Nie mogę też przemilczeć "ironizowania" z Dream Theater. Jak dla mnie te żarty, choć niewinne, były po prostu niesmaczne. Riverside życzę osiągniecia przynajmniej 10% sukcesu tej formacji. Inna sprawa, że połowa widowni na tym koncercie najpewniej nawet nie wiedziała czym Dream Theater jest.

Do gry Macieja Mellera nigdy się nie przekonam. Jego brzmienie ginie w miksie. Za podsumowanie występu niech posłuży solówka w We Got Used To Us. Solo Piotra Grudzińskiego wysadzało z butów. Tego co stworzył Meller nawet nie będę komentował.

Spodziewałem się więcej po oprawie wizualnej. Na poprzednich koncertach może było skromniej, ale światła jakby lepiej współgrały z muzyką. Podczas warszawskiego koncertu po prostu nadużywano laserów, które średnio się miały do prezentowanej w danym czasie muzyki. Odebrałem to jako przerost formy nad treścią.

Poza tym, po 10 latach Mariusz Duda mógłby wymyśleć jakiś nowy żart jeśli chodzi o Left Out.

No cóż, moje drogi z Riverside rozbiegają się coraz bardziej. Koncert zaliczam do nieudanych i prędko na kolejnym się nie pojawię. Reakcje publiczności były natomiast bardzo pozytywne, więc być może jestem odosobniony w mojej krytycznej opinii. Grupie życzę wszystkiego dobrego na dalszej wydawniczo-koncertowej ścieżce.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Relacja: Ulver w Progresji

Ulver jest grupą wyjątkową. Wiele zespołów decyduje się na artystyczne zwroty. Sposób w jaki zrobili to Norwegowie nie tylko można nazwać ekwilibrystycznym, ale przede wszystkim skutecznym. Dowodów tego szukałem w warszawskiej Progresji na koncercie promującym najnowsze wydawnictwo grupy The Assassination of Julius Caesar.

Koncert rozpoczął Stian Westerhus, który gościnnie zagrał na dwóch utworach z ostatniej płyty Ulver. Gitarzysta zaproponował warszawskiej publiczności muzykę pełną sporej dawki przestrzeni, ale i dramaturgii oraz gitarowego jazgotu. Przez pierwszą część jego 20-munutowego występu dominował gitarowy przester, zaś w drugiej części usłyszeliśmy bardziej stonowaną muzykę. Dobrze wprowadziła ona do występu Norwegów, który rozpoczął się płynnie bo zakończeniu występu Westerhusa.

Co do Ulver nie było zaskoczeń. Grupa wykonała The Assassination of Julius Caesar w całości, dorzucając niedawno wydaną EPkę Sic Transit Gloria Mundi - też zagraną w całości. Zespół oczywiście niejednokrotnie odbiegał od oryginalnej długości poszczególnych kompozycji, co przełożyło się na wartki i dynamiczny półtoragodzinny występ. Świetnym posunięciem było poprzeplatanie kompozycji i nie prezentowanie ich według kolejności z płyty, dzięki czemu do końca wieczoru utrzymywała się atmosfera zaciekawienia. Sama muzyka, muszę przyznać, zabrzmiała jeszcze lepiej niż na płycie. Wysłuchanie The Assassination of Julius Caesar na żywo wręcz dopełniło obraz odsłuchu wydawnictwa studyjnego. Płyta zabrzmiała potężnie, z pazurem, a zespołowi udało się uwydatnić jej dramaturgię i charakter. Świetne wrażenie zrobiło zwłaszcza zakończenie Rolling Stone, bezceremonialny So Falls the World, czy, jeden z moich faworytów z płyty, 1969. Muszę jednak przyznać, że poziomem od kompozycji z albumu studyjnego nieco odbiegały utwory z EPki. Te, lżejsze i pozbawione posępnego klimatu promowanego wydawnictwa, nie do końca potrafiły udźwignąć bardzo wysoki poziom wieczoru. Skutecznie jednak ubarwiały koloryt występu.

Trudno nie wspomnieć o oprawie świetlnej koncertu, która miała nie mniejszy udział w sukcesie wydarzenia jak sama muzyka. Ulver raczył nas pomysłowymi animacjami, prezentowanym na dużych rozmiarów monitorze,  ale i przede wszystkim przygotował epickie, laserowe show, które robiło ogromne wrażenie. Zakończenie Rolling Stone, gdy zostaliśmy okryci poświatą chmur, będę z pewnością pamiętał na długo. Udanie w tym wszystkim odnajdywał się lider zespołu, Kristoffer Rygg, który żył razem z muzyką, świetnie śpiewał i dobrze wyglądał na scenie.

Podkreślić należy również dobre nagłośnienie koncertu oraz punktualność Organizatorów.

Przyznam, że bardzo ciekawiło mnie, jaką publiczność zobaczę na tym koncercie. Zespół bowiem mocno oddalił się od swoich metalowych korzeni i gra teraz muzykę, którą co niektórzy ortodoksyjni fani mogą nie zaakceptować. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie, że zobaczyłem wiele osób wywodzących się z subkultury metalowej. Wśród publiczności odnaleźć można było również muzyków Riverside, Tides From Nebula czy Collage. Świadczy to o tym, że muzyka nie ma barier. Dobra muzyka, nie ważne z każdego gatunku, jest w stanie zaciekawić słuchacza o całkowicie odmiennych gustach. Ja również jestem tego przykładem.

Sam nie do końca wiedziałem czego spodziewać się po tym wydarzeniu. Na koncercie takiej muzyki byłem po raz pierwszy w życiu i teraz wiem, że nie po raz ostatni. Odkryłem na nim nową artystyczną jakość i nową przestrzeń do przeżywania emocji. Koncert Ulver był dla mnie bardzo ważnym wydarzeniem z perspektywy muzycznych odkryć. Zespół nie tylko całkowicie obronił studyjny materiał, ale jeszcze bardziej zainspirował do kolejnych muzycznych podróży.

środa, 22 listopada 2017

Ulver na koncertach w Polsce

Progresja z wielką przyjemnością zaprasza na trzy koncerty zespołu Ulver, które odbędą jesienią: w Gdańsku (26.11), Warszawie (27. 11) i we Wrocławiu (28.11).

Norweskie wilki Kristoffera Rygga powracają do Polski z nowym projektem, nowym materiałem i nową produkcją. Grupa słynąca z tego, że każdy kolejny album jest muzycznym zaskoczeniem dla fanów i odbija się szerokim echem w muzycznym świecie w pełni zasługuje na miano eksperymentalnej. Ulver nie boi się zmian ani drastycznych rewolucji stylowych, podkreślając tym swoją własną muzyczną filozofię.

W 1993 roku zadebiutowali blackmetalowym albumem Bergtatt, jednak nie dali się zaszufladkować i szybko pokazali, że ich styl wykracza poza metal, folk, a nawet rock. Eksperymentalne podróże Ulvera to także inspiracje muzyką progresywną, symfoniczną, akustycznymi brzmieniami, a jak pokazali na ostatniej płycie także synthpopem.

W 1998 roku lider i wokalista Norwegów Kristoffer Rygg stworzył własną wytwórnię płytową Jester Records, która stała się muzycznym laboratorium zespołu. W 2009 r. w grupie zaszła kolejna ważna zmiana. Do Ulvera dołączył brytyjski multiinstrumentalista Daniel O’Sullivan. W tym samym roku zespół wrócił do koncertowania i to nie w byle jakim stylu, bo wystąpił m.in. w Norweskiej Operze Narodowej.

Kolejne lata przyniosły Ulverowi ponad pół miliona sprzedanych płyt oraz liczne nagrody m.in. NATT&DAG za najlepszy występ na żywo w 2011 r. oraz nominację do Norweskiej Nagrody Grammy, Spellemannsprisen w kategorii Album Roku za „Shadows of the Sun” (2008).

Najnowsze dzieło grupy to album „The Assassination of Julius Caesar”, który jak każda kolejna płyta budzi emocje, czasem kontrowersje i jest szeroko dyskutowana przez fanów. Inspirowany sythpopem i muzyką lat 80-tych krążek jednych zachwyca, podczas gdy dla innych romans z muzyką pop jest poważnym zarzutem. To czego nie można powiedzieć o tej płycie to to, że przejdzie ona bez echa.

Zaskakujący muzycznie Ulver to także koncertowa uczta w każdej kolejnej odsłonie. Nie ma dwóch takich samych tras Ulvera i kto widział choćby dwa koncerty tej grupy podpisze się pod tym obiema rękami. Muzycznych show tego zespołu po prostu nie można ominąć!

B90, Gdańsk
26 listopada 2017
ceny biletów: 99 zł w przedsprzedaży i 119 zł w dniu koncertu

Progresja, Warszawa
27 listopada 2017
ceny biletów: zwykłe 100 zł w przedsprzedaży i 120 zł w dniu koncertu | kolekcjonerskie 103 zł w przedsprzedaży i 123 zł w dniu koncertu

A2, Wrocław
28 listopada 2017
ceny biletów: zwykłe 100 zł w przedsprzedaży i 120 zł w dniu koncertu | kolekcjonerskie 103 zł w przedsprzedaży i 123 zł w dniu koncertu

sobota, 25 czerwca 2016

Relacja: Warsaw Prog Days V

Warsaw Prog Days to cykliczne wydarzenie, celebrujące muzykę progresywną. Piąta edycja festiwalu, podobnie jak uniegłoroczna, została zaplanowana na jeden dzień, lecz objęła dwie muzyczne gwiazdy: polski Collage oraz brytyjski Haken.

W ramach piątej edycji festiwalu wystąpiło pięć zespołów. Obok Collage i Haken polskiej publiczności zaprezentowały się grupy Arkentype oaz Rendezvous Point, koncertujące z Haken w ramach europejskiej trasy koncertowej Brytyjczyków, a także młody, polski Soundforged, który otworzył wydarzenie.

Haken na żywo, 2016
Prawdziwe emocje zaczęły się po godzinie 21:00. Wtedy na scenę wkroczył Haken, na który, przynajmniej tak można było wynieść z reakcji publiczności, widownia czekała najbardziej. Na fanów progresywnych dźwięków czekało 105 minut ambitnej muzyki. Przyznam, że osobiście nieco się obawiałem tego czasu trwania koncertu (wszystkie pozostałe zespoły nie otrzymały więcej niż godzinę) gdyż ostatniego koncertu grupy w Inowrocławiu nie wspominałem najlepiej. Okazało się, że zespół bardzo szybko zatarł te niezbyt przychylne wspomnienia. Haken skupił się na materiale ze swojej najnowszej płyty, wracając przy tym do części starszych utworów. Widać przy tym było, że jest to zespół dynamicznie prący do przodu, żyjący tym co teraz - z debiutu nie zagrał nic, z drugiej płyty zaledwie jeden utwór. Ciekawostką było wybranie na bis kompozycji z odświeżonej parę lat temu płyty demo - przyznam, że był to jeden z nielicznych momentów koncertu, który mi się nie spodobał. Cała reszta - prawdziwa bomba! Ogromne wrażenie robiły kompozycyjne wariacje w kolejnych utworach, zaś przy tak skomplikowanym materiale grupie udało się uniknąć kakofonii dźwięków - wszystko brzmiało czysto i selektywnie. Bardzo dobrze na scenie poruszał się i czyściutko śpiewał wokalista. W ruchach samych muzyków można było oczekiwać nieco więcej dynamiki, ale na pewno broni ich wymagający materiał, któremu należne jest właściwe skupienie, zaś sytuację bronił klawiszowiec, od czasu do czasu wychodząc naprzeciw publiczności. Miemal dwie godziny spędzone z trudną muzyką Haken, która może zmęczyć (jak w Inowrocławiu), należy ocenić niezwykle pozytywnie. Zespół zaprezentował się znakomicie, z pewnością satysfakcjonując wszystkich fanów, zgromadzonych tego dnia w warszawskiej Progresji. Ja z pewnością na długo zapamiętam wspaniałe wykonanie Cockroach King!

Collage, 2016
Warsaw Prog Days zamykała grupa Collage. Był to pierwszy koncert zespołu od dłuższego czasu. Zespół jednak nie popadł w hibernację, a ciężko pracował. Po występie na Metal Hammer Festival z czerwca 2015 roku grupę opuścił Mirosław Gil, a występ w Progresji był pierwszym z Michałem Kirmuciem na stanowisku gitarzysty. Z nowym gitarzystą w przeciągu ostatniego roku formacja pracowała nad nowym materiałem studyjnym (pierwszym od 1995 roku), a podczas koncertu zaprezentowała przedpremierowo dwa nowe utwory. Poza tym zespół z jednej strony zaskoczył, z drugiej... nie. Usłyszeliśmy kompozycje, których od Collage należało się spodziewać: materiał z Moonshine oraz Baśni. Usłyszeliśmy również dwa utwory wykonane jako hołd dla zmarłych w tym roku muzyków: Piotra Grudzieńskiego z Riverside oraz Davida Bowiego. Oba wypadły bardzo pozytywnie. W tym miejscu należy pochwalić Michała Kirmucia jako nową twarz w zespole - gitarzysta zaprezentował się bardzo dobrze, pokazując na scenie dużą pewność siebie i spory luz, bardzo dobrze odtwarzając parte gitarowe Mirka Gila oraz prezentując własne autorskie do nowej muzyki. Z pewnością można być spokojnym o tą zmianę. Cały Collage zaprezentował się bardzo pozytywnie - to był naprawdę przyjemny koncert. Bardzo późne rozpoczęcie koncertu (ok. 23:30) przełożyło się jednak na zmęczenie u widowni oraz wymuszone przedwczesne powroty do domów. Musiało się to nieco odbić na dynamice wydarzenia i tak w rzeczywistości było.

Warsaw Prog Days było festiwalem, na którym warto było się pojawić. Pięć udanych koncertów, z czego dwa z uznanymi, muzycznymi markami było czymś, co musiało zadowolić zebranych tego dnia słuchaczy. Wielkie podziękowania dla Progresja Music Zone za konsekwentne kultywowanie progresywnych dźwięków i po raz piąty zorganizowanie udanego festiwalu!

wtorek, 7 czerwca 2016

Warsaw Prog Days V

Progresja Music Zone zaprasza 11 czerwca na piątą edycję kultowego już festiwalu Warsaw Prog Days! Tym razem headlineremi będą: brytyjska formacja Haken i polska, prog-rockowa grupa Collage!

W przypadku Haken, koncert w Warszawie będzie częścią trasy, promującej ich najnowszą płytę Affinity (premiera 29 kwietnia). Collage, wystąpi w nowym składzie (Karol Wróblewski, Krzyś Palczewski, Piotr Mintay Witkowski, Wojtek Szadkowski, Michał Kirmuć) i nie pozostając w tyle za kolegami z Londynu, również zaprezentuje część nowego materiału.

Plan dnia:
17:30 – drzwi
18:00-18:30 – Soundforged
18:45-19:15 – Arkentype
19:30-20:15 – Rendezvous Point
20:45-22:30 – Haken
22:50-23:50 – Collage





sobota, 19 grudnia 2015

Relacja: Karmazynowy Paryż


Reaktywacja King Crimson, oprócz nadziei na nowy album, dała od razu możliwość zobaczenie na żywo nowego, siedmioosobowego składu zespołu na jednym z kilkunastu północnoamerykańskich koncertów w roku 2014. Łatwo było się wtedy domyślać, że tak poważne przedsięwzięcie na tym tournée się nie zakończy. Rzeczywiście – i na szczęście – na początku marca tego roku ogłoszono trasę europejską, głównie po Anglii, ale także Francji i Holandii.

King Crimson miało więc wystąpić już dosyć blisko Polski, co dla wielu fanów zespołu było na pewno dużą pokusą do dość dalekiego wyjazdu. Wielu z nich to również miłośnicy muzyki wykonywanej na żywo, rozumiejący zasadę Roberta Frippa, którą przedstawiał on właśnie przed ponad rokiem – „Muzyka jest nowa, bez względu na to, kiedy została napisana”. Między innymi ja, mimo że za podróżami nie przepadam, uznałem, że akurat takiej, być może niepowtarzalnej okazji nie mogę nie wykorzystać. Kupiłem bilet na wrześniowy paryski koncert w sali L’Olympia - początkowo drugi, w związku ze świetną sprzedażą ostatecznie trzeci i ostatni w tym mieście. Potem nie było już dla mnie wyjścia i trzeba było - specjalnie dla muzyki - zorganizować całą podróż.

Po przylocie i kilkugodzinnych spacerach po Paryżu w dniu następnym nadeszła wreszcie chwila, kiedy stopniowo, coraz mocniej dochodziło do mnie, po co tam się tak naprawdę wybrałem. Po pierwsze, rolę zapowiedzi spełniły wielkie czerwone litery nad brama wejściową do L’Olympii. Nazwę zespołu przypomina kolorem zresztą większa część wystroju klubu (być może nie jest to karmazynowy, ale pewnie jest to kolor do niego podobny). Dość wcześnie zająłem miejsce, czego nie polecam, bo do zbyt wygodnych nie należało, co odbiorowi dłuższego występu nie sprzyja. Widok z balkonu nie zaskoczył. Niuansów na twarzach muzyków odczytać się nie dało, ale najistotniejsze widać, choć w moim nieszczęśliwym przypadku z pewnym wyjątkiem - miejsce przedostatnie od ściany spowodowało, że bębniarza Harrisona obserwować było bardzo trudno. Układ na scenie dla obecnego wcielenia King Crimson jest następujący – z przodu od lewej strony publiczności Pat Mastelotto, Bill Rieflin i Gavin Harrison. Z tyłu na podwyższeniu Mel Collins, Tony Levin, Jakko Jakszyk i siedzący za Harrisonem Robert Fripp.

Jeszcze przed oficjalnym czasem rozpoczęcia koncertu (20:00) na Sali rozlega się cicho ambientowy utwór Roberta Frippa - a przynajmniej brzmi, jak gdyby stworzył go właśnie on. Po dłuższym czasie, ok. 20 minut po godzinie 20, kiedy wydawać by się mogło, że koncert powinien się już rozpocząć, na scenę wychodzi konferansjer zapowiadający po francusku kolejne 20 minut oczekiwania opatrzone kolejnym utworem Frippa. Zrozumiałem tylko nazwisko. Muzyka zrobiła się już wtedy wyraźnie głośniejsza, sporo osób wchodziło, niektórzy na te 20 minut wychodzili. Ja zostałem na miejscu. Muzyka brzmiała bardziej naturalnie niż starsze soundscapes Frippa, przypominała raczej A Wine of Silence nagrane przez orkiestrę, w klasycznym instrumentarium, ale nie pochodziła z tego albumu. Powtarzający się często główny motyw wprowadzał nastrój charakterystyczny dla solowej twórczości gitarzysty, prowadzący ku refleksji o rzeczach ostatecznych. Publiczność powinna być przygotowana na poważny koncert.

Muzyka cichnie, muzyków nie ma jeszcze na scenie, ale niespodziewanie odzywają się wszyscy, poczynając od „szefa” Roberta. Mówią w nagraniu, że rejestrowanie koncertów przez nieprofesjonalistów to kiepski pomysł, zachęcają do porzucenia kamer i czerpania radości z koncertu. Miło mi się z nimi zgodzić. W końcu King Crimson wychodzi na scenę, wysłuchuje burzy oklasków, Fripp zasłania oczy od góry dłońmi i przesuwa wzrokiem po widowni L’Olympii z jednej strony na drugą. Sala była pełna.

W ramach rozbudowanego wstępu otrzymaliśmy również nagranie strojenia sekcji smyczkowej kończące album Islands. Prawdziwe granie rozpoczęli Mel Collins z Tonym Levinem – flet poprzeczny z kontrabasem elektrycznym. Po krótkiej improwizacji nastąpiła cisza, a następnie ledwie słyszalne z początku akordy Frippa. Uderzał w struny bardzo wyraźnie, a głośność zwiększała się na tyle wolno, że przemknęło mi nawet przez myśl, że mamy może problem techniczny. Po chwili jednak wszystko było jasne, a publiczność wspólnym głosem potwierdziła, że wie, czego słucha. Koncert rozpoczęła więc pierwsza część Larks’ Tongues In Aspic – bez skrzypiec, które zastępował flet Collinsa. Główny riff brzmiał potężnie – tak jak powinien – a słuchacz mógł też powoli zacząć rozumieć, po co w jednym zespole aż trzy zestawy perkusyjne. Brak brzmienia skrzypiec odebrał z kolei utworowi nieco złowieszczego charakteru oryginału.

Od razu po Larks’ zagrali VROOOM i gra Collinsa znów wprowadza zamieszanie w instrumentarium, gdy niektóre partie basowe z pierwotnej wersji odgrywa on na saksofonie barytonowym. Potem zagrali dwa nowe utwory, już nie instrumentalne, a ze śpiewem Jakko Jakszyka. Trudno mi je po jednorazowym wysłuchaniu odpowiednio ocenić, ale ogólnie wypadły dobrze. To nie był już tylko „gen” King Crimson, jaki zawierał wedle Frippa album A Scarcity of Miracles sygnowany nazwą „Jakszyk, Fripp and Collins”. To był już sam Król, muzyka bardziej skomplikowana rytmicznie, bardziej rockowa, w momencie kulminacyjnym pod koniec zawierająca nawet typowe Frippowskie tremolo. Po pierwszym z tych utworów był chyba ten moment, kiedy Jakko Jakszyk w imieniu zespołu przywitał się z publicznością, co oczywiście jest w dobrym guście, ale też mało istotne - prawdziwym przywitaniem były pierwsze tony fletu Collinsa, może nawet ambient Frippa…


Osobne powitanie, bez słów oczywiście, publiczność otrzymała również od perkusistów. Odzywali się też później, pomiędzy dłuższymi utworami granymi w pełnym siedmioosobowym składzie odgrywając we trzech krótsze, nowe, w całości perkusyjne. Był ten znany z koncertowego albumu Live at the Orpheum pod tytułem Banshee Legs Bell Hassle oraz ten nagrany na próbie w Elstree w ubiegłym roku i opublikowany na Youtube – znakomity zresztą. Widać więc, że mogłem trochę żałować miejsca, z którego Gavin Harrison był słabo widoczny. Możliwość oglądania grających muzyków jest pewną specyficzną wartością koncertów, a umiejętności każdego z bębniarzy King Crimson i ich wzajemne uzupełnianie się w grze są tego szczególnymi, godnymi polecenia przykładami.

Nowy skład powstał głownie w celu odtworzenia utworów z lat 70., w domyśle głownie sprzed roku 1973. Później chyba tylko w czterech utworach pojawiały się typowe dla King Crimson z lat wcześniejszych instrumenty dęte: Exiles, One More Red Nightmare, Fallen Angel i Starless. Ten główny zamysł widać dobrze w takim moim odczuciu, że na dobre koncert rozwinął się przy porywającym Pictures of a City. Wcześniej zespół zagrał drugi i ostatni tego wieczoru utwór nagrany pierwotnie razem z Adrianem Belew – The ConstruKction of Light – tym razem bez śpiewu, a z dodatkiem saksofonu i fletu, czyli w wersji znanej z Live at the Orpheum. Będąc entuzjastą King Crimson z Belew w składzie, nie zachwycają mnie niestety nowe wersje The ConstruKction of Light czy VROOOM. Pokazują one przede wszystkim, jak trudno jest zastąpić głównie gitarę Belew, bez której nie ma już tak wspaniałego „dialogu” z gitarą Frippa (Jakszyk brzmi do niej zbyt podobnie). Usunięta, najprawdopodobniej w ramach koleżeńskiej umowy z Belew, partia wokalna - to niestety zubożenie wymowy utworu. Wzbogacenie go o partie Collinsa to próba nadania mu wobec tego nowego charakteru – próba ciekawa i wartościowa, którą w porównaniu z oryginałem oceniam na ten czas jednak jednoznacznie niżej.

Wspomniane Pictures of a City było już jednak tym do czego ten zespół wydaje się być stworzony. Collins ma w nim tutaj swoje naturalne miejsce i obok Jakszyka, którego głos pasuje doskonale, pełni wręcz rolę główną. Te wspaniałe chwile miały już niedługo swoją kontynuację. Mniej więcej w połowie koncertu zajmujący środkowe wśród perkusistów miejsce Bill Rieflin odwrócił się od publiczności w kierunku notebooka i elektronicznego instrumentu klawiszowego zastępującego typowy dla dawnego King Crimson melotron. Robert Fripp zagrał arpeggia na gitarze elektrycznej, nie akustycznej, czego jednak można było się spodziewać. Jakszyk śpiewał znakomicie, a po jego ostatnim „crying” bębniarze jeszcze przez dłuższy czas w wielkim stylu wydłużali zakończenie Epitaph.

Byliśmy w trakcie środkowej, najlepszej części koncertu. Było w niej również znakomite Easy Money, drugi już powrót do albumu Larks Tongues in Aspic z roku 1973. Uwielbiam różnorodność wykonań tego utworu, raz z bardziej ognistym, raz spokojnym gitarowym solo. Tym razem było spokojnie, sama piosenka dodała jednak koncertowi mnóstwo energii. Brakowało mi trochę głośniejszego basu, jak zresztą podczas całego koncertu. Innym wspaniałym powrotem do repertuaru z lat 70. było The Letters, krótkie, ale wielkie muzyczno-poetyckie dzieło o zdradzonej kobiecie – piękna melodia śpiewana przez Jakszyka przerwana riffami gitar i saksofonu oraz intensywną jazzowa improwizacją z dużym udziałem perkusji. Dla mnie jest to jedna z piosenek, których wersja studyjna wydaje się niedościgniona, niemniej jednak powrót do niej jest wspaniałym pomysłem – reszta publiczności też wydawała się być pod dużym wrażeniem. Następnie zespół w kolejności odwrotnej od tej z płyty Islands zagrał Sailor’s Tale – świetne, praktycznie dokładne odtworzenie wersji studyjnej.

Zespół zaskoczył ponadto The Light of Day z A Scarcity of Miracles zawierającego wspomniany „gen”, który to album był dla Frippa przecież impulsem do reaktywacji King Crimson. The Light of Day to mocno jazzowy, wymagający, niezbyt pasujący do większych koncertów utwór. Na koncertach King Crimson można pozwolić sobie jednak na wiele i szkoda, że ta wersja była mocno skrócona. Żadnym zaskoczeniem nie były już dwa ostatnie utwory podstawowej części koncertu. Słychać, że One More Red Nightmare nie jest dla Jakszyka wokalnie łatwe, lecz perkusiści dają tu z kolei słuchaczowi mnóstwo frajdy, żonglując głośnością fraz granych raz jednoosobowo, raz we dwóch lub we trzech jednocześnie. Przyznam, że nie spodobało mi się to, co Fripp zrobił z riffem rozpoczynającym części instrumentalne – brzmiał inaczej niż choćby w wykonaniu z Live at the Orpheum, tak jakby wśród akordów zgubiona została melodia. Następnie Bill Rieflin odwrócił się ponownie, a scena płonęła podczas Starless w czerwieni świateł – wyjątek w niezwykle oszczędnej oprawie świetlnej koncertu. To było dobre wykonanie arcydzieła, przy którym najmocniej tęsknię jednak za starym brzmieniem basu Johna Wettona.

Zespół zszedł ze sceny, ale, będąc głośno wywoływanym, nie kazał czekać zbyt długo na powrót. Po jednym z krótkich utworów perkusyjnych zagrali The Court of The Crimson King – utwór wymagający właśnie takiego szczególnego składu muzyków, jaki przebywał na scenie i który sprzyja mu znakomicie. Po nim – 21st Century Schizoid Man ze śpiewem zniekształconym podobnie jak w starej studyjnej wersji. Część instrumentalną wyróżniało z kolei długie, samotne solo Gavina Harrisona. Nie przyjąłem go całkiem bezboleśnie - wydawało się wręcz, jak gdyby Gavin złamał dyscyplinę i zaskoczył zespół, który zamilkł i oddał mu pole na następne minuty. Solo jednak kiedyś się skończyło, zespół już wspólnie dokończył część instrumentalną, dotarł do ostatniej zwrotki i słynnego kakofonicznego zakończenia. King Crimson odebrało burzę oklasków w milczeniu. Kolejnych bisów niestety nie było, zapalono światła i pozostało opuścić salę prosto w powracający właśnie tego dnia nad Paryż deszcz.

W podsumowaniu mogę powiedzieć kilka rzeczy. Nowe King Crimson oceniłbym jako zespół cechujący się swoistą elegancją w odróżnieniu od dawnych wcieleń, które łatwiej określić jako bezkompromisowe, awangardowe, poszukiwawcze czy nawet drapieżne. Wyjąwszy może te perkusyjne, nie było rozbudowanych improwizacji, nie było też wielu zaskakujących, nowych brzmień. Akustyka sali koncertowej wydobywa jednak z tej muzyki moc, która na ostatnim albumie koncertowym jest ukryta - chyba że inaczej jest w przypadku jakiegoś audiofilskiego sprzętu, którego nie posiadam. Można by ułożyć moim zdaniem setlistę dużo bardziej dla tego składu odpowiednią, ale uważam też, że nie jest to dobre miejsce, aby się w tym miejscu o tym rozpisywać. Nowe King Crimson przywodzi na myśl zespół popularyzujący swoje własne dokonania – uwzględnienie bardzo wielu różnych okresów działalności, wspomniana elegancja wykonania, brak zbędnych dla popularyzacji skrajności, efektowna potęga bębnów uderzanych pałeczkami sześciu ekstremalnie sprawnych rąk… Ani nie czynię zarzutu, ani nie wskazuję motywów – opisuję tylko jak potrafię to, co słyszałem.

Nigdy wcześniej nie byłem na koncercie King Crimson. Po tym, na którym byłem, sądzę, że być może bardziej podobałyby mi się dziesiątki, może nawet setki innych, które zespół zagrał w przeszłości. Zdrowe podejście do koncertów zakłada jednak opanowanie oczekiwań i swobodne czerpanie radości z muzyki. King Crimson dało mi tym koncertem wiele radości - przyjemnie było wracać z koncertu nawet w obfitym, paryskim deszczu.

Paweł Dyderski

Setlista (za setlist.fm):
    01. Larks' Tongues in Aspic, Part One ("La Marseillaise" snippet by Mel Collins)
    02. VROOOM
    03. Radical Action (To Unseat the Hold of Monkey Mind) I
    04. Meltdown
    05. Hell Hounds of Krim
    06. Suitable Grounds for the Blues
    07. The ConstruKction of Light (instrumental part only)
    08. Interlude (Jakszyk plays 2nd flute)
    09. Pictures of a City
    10. Epitaph
    11. Banshee Legs Bell Hassle
    12. Easy Money
    13. The Letters
    14. Sailor's Tale
    15. The Light of Day (Jakszyk, Fripp and Collins cover) (first time live in Europe)
    16. One More Red Nightmare
    17. Starless
_____________________________________
    18. Devil Dogs of Tessellation Row
    19. The Court of the Crimson King
    20. 21st Century Schizoid Man (Gavin Harrison solo)

poniedziałek, 26 października 2015

Riverside na trzech koncertach w Polsce

W październiku 2015 roku Riverside wyruszył w europejską trasę koncertową promującą album "Love, Fear and the Time Machine". Trasa zakończy się w w listopadzie trzema występami w Polsce: w Krakowie, Gdańsku i Warszawie.

Mariusz Duda o albumie: "Od płyty 'Second Life Syndrome' zanurzamy się coraz bardziej w mroku. Nasz ostatnio wydany album, mimo że był spokojniejszy, miał jednak w sobie czerń i ogromny smutek. Z nowym albumem otwieramy się na jaśniejsze dźwięki przywołujące momentami nasz debiut. Mimo sporej dawki melancholii, pojawia się jednak zupełnie nowa przestrzeń, aranżacje utworów są jeszcze bardziej przestrzenne, a jednocześnie bardziej zwarte i konkretne jak nigdy. Najważniejsze jednak jest to, że kontynuujemy eksplorację melodii. Zawsze chciałem nagrać album, na którym przede wszystkim będzie masa świetnych, ambitnych piosenek". 

"Love, Fear and the Time Machine" jest szóstym longplay'em studyjnym w karierze Riverside. Na płycie znajduje się dziesięć premierowych kompozycji.

Na trasie koncertowej Riverside towarzyszyć będą formacje The Sixxis i Lion Shepherd.

Riverside w Polsce:
8.11 - Kraków, "Rotunda"
10.11 - Gdańsk, "B90"
11.11 - Warszawa, "Stodoła"

sobota, 17 października 2015

Pożegnanie z dzieciństwem

„Farewell to Childhood”, czyli pożegnanie z dzieciństwem – tak nazywa się mini trasa koncertowa Fisha, podczas której zagra on w całości legendarny album „Misplaced Childhood” dowodzonej przez siebie niegdyś grupy Marillion.

Choć już 30 lat minęło od czasu, gdy pochodzący z tej płyty utwór „Kayleigh” podbijał światowe listy przebojów, ta muzyka wciąż brzmi świeżo.

Koncerty Fisha zawsze są wydarzeniem artystycznym, pełnym energii przedstawieniem, a przecież będzie to jedna z ostatnich szans na zobaczenie Fisha na żywo, a na pewno ostatnia szansa na posłuchanie Misplaced Childhood w jego wykonaniu. W przyszłym roku Fish nagra ostatnią swoją płytę, a potem, jak zapowiedział, zakończy karierę estradową. 

Oprócz całej płyty "Misplaced Childhood" w programie koncertu znajdą się najbardziej znane utwory solowe (a może nie tylko solowe), nagrane przez Artystę podczas kilkudziesięciu lat kariery. 

Występ Fisha poprzedzi koncert grupy LAZULI.

Francuski zespół grający rocka progresywnego, powstały w 1998 roku.

Pierwszy album wydali w 1998 roku, w sumie na ich dyskografię składa się sześć wydawnictw. Wszystkie piosenki są śpiewane po francusku. Na ostatniej płycie gościnnie śpiewał Fish (ale po angielsku) Ciekawostka – Claude Leonetti gra na instrumencie ‘leode’, który podobno sam wymyślił, gdyż po wypadku motocyklowym ma niesprawne lewe ramię. W 2005 roku na festiwalu Montreux Jazz Festival zespół otrzymał nagrodę za utwór “Under the sky”. Lazuli łączy rock progresywny z muzyką ‘world’ i elektroniczną. Oprócz gitary, klawiszy, bębnów, słychać ‘leode’, wibrafon i waltornię.

Fish [Wielka Brytania] – Farewell to Childhood / Lazuli [Francja]
Progresja Music Zone - Fort Wola 22 
data: 09/11/2015 
godzina(y): 18:00 - 23:30 
scena:Main Stage 

poniedziałek, 20 lipca 2015

Relacja: Camel w Poznaniu

Tylko jedną płytę Camel jestem w stanie zarekomendować bez mrugnięcia okiem. Właśnie dla niej pokonywałem kilkugodzinną drogę z Warszawy do Poznania. Byłem przekonany, że podobnie jak na ubiegłorocznej trasie po Europie Zachodniej, Andy Latimer w całości zaprezentuje album The Snow Goose. Gdy w końcu wysiadłem z opóźnionego o półtora godziny (!) pociągu (nad Wielkopolską przeszła straszliwa burza) i co tchu gnałem w poszukiwaniu poznańskiej hali, ściany miasta echem podawały sobie melodię wybrzmiewającego w oddali The Whire Rider. Wtedy już przeczuwałem, że to nie będzie mój koncert...

Do hali MTP Poznań wbiegłem zdyszany, zmęczony, ale wielce szczęśliwy, że jednak udało się zdążyć. Na scenie pięciu panów, w tym mocno podstarzały, ale pełen energii Andy Latimer. Samo miejsce... pozostawiało wiele do życzenia. Dość skromna scena nie przeszkadzałaby gdyby nie fatalne oświetlenie. O godzinie 20.00 słońce jeszcze widniało nad horyzontem, a promienie słoneczne przedostawały się do hali poprzez zawieszone wysoko okna. Efektem było nieskazitelne białe płótno za plecami muzyków (światła reflektorów po prostu się nie przebijały) i... piknikowo-festiwalowa atmosfera zamiast oczekiwanej poświaty tajemniczości. Warunki nieco uwłaczające takiemu artyście jak Latimer. Każda mijająca minuta oznaczała jednak przewagę nocy nad dniem i od połowy koncertu mogliśmy się już cieszyć wizualną symbiozą muzyki i koncertowej otoczki.

Andy Latimer, najwyraźniej nieco zmęczony trasą The Snow Goose, zaprezentował polskim fanom dość przekrojowy materiał, z zaskakująco dużym naciskiem postawionym na Moonmadness (aż 5 kompozycji). Warto podkreślić, że sam koncert miał niemal chronologiczny charakter. Camel rozpoczął od Never Let Go z roku 1973, a podstawowy set zakończył na Whispers in the Rain z Dust and Dream z roku 1991. Na bis zostawiono rewelacyjny Lady Fantasy, który tego wieczoru całkowicie zmiażdżył oraz Long Goodbye. Co jeśli chodzi o mnie? Cóż, muszę przyznać że wydawnictwa Camel z lat 80-tych i 90-tych nigdy nie były w stanie mnie oczarować. Kiedy już doszło do mnie, że z "The Snow Goose show" nici, z pewnego rodzaju zaciekawieniem oczekiwałem rozwoju wypadków. Czy Camel mnie zachwyci? Zachwycił. Kompozycje, których wielokrotnie słuchałem z dysku, a które wielokrotnie nie były w stanie mnie poruszyć, na poznańskim koncercie zabrzmiały po prostu wybornie! To był koncert, którego niemal przez cały czas słuchało się z zapartym tchem. Andy Latimer mimo podeszłego wieku nie tylko wyśmienicie wykonywał swoje partie gitarowe, ale i dobrze śpiewał. Podziw wzbudzało jego ogromne zaangażowane sceniczne i prawdziwa radość z bycia na scenie i dzielenia się swoją twórczością z fanami. Fani Camel po prostu nie mogli tego wieczoru narzekać. Zresztą niejedna burza braw była tego znakomitym dowodem.

Mimo tego, że mogłem wychodzić z koncertu zawiedziony brakiem w setliście choćby jednego (!) utworu ze Śnieżnej Gęsi, to towarzyszyły mi inne odczucia. Warto było zobaczyć Camel na żywo. Nie tylko dla genialnego Lady Fantasy. Nie tylko dla postaci Andy'ego Latimera. To był po prostu rewelacyjny koncert!

Zdjęcia

Setlista:
Never Let Go
The White Rider
Song Within a Song
Unevensong
Spirit of the Water
Air Born
Lunar Sea
Another Night
Drafted
Ice
Mother Road
Hopeless Anger
Whispers in the Rain
_______
Lady Fantasy
Long Goodbyes

czwartek, 2 lipca 2015

Camel na koncertach w Polsce!

Zespół Camel powraca do Polski po piętnastu latach przerwy. Brytyjski zespół wystąpi w lipcu w Poznaniu i w Krakowie.

Camel przetrwał w ciągu czterech dekad istnienia wiele przeciwności. Powstał w 1972 roku z inicjatywy Andrew Latimera, którego rozpoznawalny styl grania na gitarze i wyjątkowe kompozycje stały się cechą charakterystyczną brzmienia grupy.

Międzynarodowy sukces odniósł niemal od razu, w połowie lat 70. wraz z wydaniem płyt "The Snow Goose" i "Moonmadness". Mimo częstych zmian w składzie udowodnił, że początkowy sukces nie był przypadkiem i konsekwentnie potwierdzał swoją klasę kolejnymi udanymi albumami i trasami koncertowymi granymi aż do połowy lat 80., gdy spory prawne i brak zainteresowania ze strony przemysłu muzycznego zagroził istnieniu zespołu.

Latimer wraz z Susan Hoover, partnerką i autorką tekstów, przeprowadzili się do Kalifornii, gdzie założyli własną niezależną wytwórnię, której nakładem ukazał się w 1991 roku album "Dust and Dreams". Pokazał on, że zespół nie stracił formy i rozpoczął nową dekadę twórczej działalności, w czasie której wydane zostały cztery kolejne płyty: "Dust and Dreams", "Harbour of Tears", "Rajaz" i "A Nod and a Wink" oraz odbyły się cztery światowe trasy koncertowe.

W 2003 Camel wyruszył w pożegnalne tournee poprzedzające długą walkę Latimera z chorobą, która nieomal zakończyła się tragicznie. Batalia nie była łatwa, ale artysta wrócił do pełni sił, co przyniosło ogromny przypływ nowej energii i dało zespołowi siłę do powrotu na muzyczną scenę. Grupa powróciła zresztą w wielkim stylu - w 2013 roku wydała odświeżoną wersję "The Snow Goose" i wyruszyła w wyprzedaną trasę koncertową po Europie, która zakończyła się dopiero w 2014 roku i która zainspirowała Prog Magazine do przyznania Andrew Latimerowi Lifetime Achievement Award (nagrody za całokształt twórczości).

W 2015 roku zobaczymy zespół ponownie podczas letnich festiwali, ale także podczas kilku niefestiwalowych koncertów, w tym dwóch w Polsce, w której Camel zagra po raz pierwszy od 15 lat.

Andrew nadal jest liderem grupy, a towarzyszą mu starzy dobrzy koledzy, Colin Bass (bas), Denis Clement (perkusja) i Ton Scherpenzeel (klawisze).

Camel w Polsce:
19.07 - Poznań, MTP2
20.07 - Kraków, ICE Congress Hall

Bilety w cenach od 119 do 239 zł dostępne w sprzedaży od 9 marca na www.rockserwis.pl oraz w punktach i na stronach www.ticketpro.pl i www.eventim.pl.

wtorek, 16 czerwca 2015

Metal Hammer Festival 2015

Za niecałe dwa tygodnie na muzyczną scenę powraca Metal Hammer Festival! Siódma edycja festiwalu odbędzie się 27 czerwca w katowickim Spodku, w nieco innej niż zwykle formule. Wszystko za sprawą szyldu „Prog Edition”, wyraźnie wskazującego, że tym razem możemy spodziewać się sporej dawki najlepszej muzyki z nurtu tzw. rocka i metalu progresywnego.

Wśród ogłoszonych Artystów są Riverside, Evergrey, Tides From Nebula, Collage, Osada Vida, One oraz Art Of Illusion! Gwiazdą główną festiwalu będzie amerykański gigant gatunku czyli Dream Theater. Zespołu nie trzeba specjalnie przedstawiać fanom rocka w Polsce. Mając na swoim koncie ponad dziesięć milionów sprzedanych egzemplarzy albumów i DVD, Dream Theater od dawna należy do ścisłego grona gigantów prog/hard rocka. Wpływowy magazyn Rolling Stone zaliczył ich do dziesiątki najlepszych prog-rockowych zespołów wszech czasów! Albumy takie jak uhonorowany złotą płytą "Images & Words" (z przebojowym singlem "Pull Me Under") przyniosły mu na całym świecie zachwyty nad mistrzowskim połączeniem melodyjności, mocy i wirtuozerskich popisów. Nowy, jeszcze niezatytułowany album Dream Theater zapowiadany jest na jesień 2015. Występ w katowickim Spodku zbiega się z 30. rocznicą istnienia zespołu i na pewno muzycy uczczą to wydarzenie specjalnym setem!

Sobota, 27 czerwca 2015, Spodek – Katowice

PLAN DNIA:
14:00 otwarcie bram
15:00 – 15:30 – Art Of Illusion
15:50 – 16:20 – One
16:40 – 17:10 – Osada Vida
17:30 – 18:05 – Tides From Nebula
18:30 – 19:10 – Collage
19:35 – 20:20 – Evergrey
20:45 – 21:45 – Riverside
22:15 – ... – Dream Theater

Zakończenie festiwalu planowane jest na ok. 24.00.

środa, 8 kwietnia 2015

SBB w Progresji

SBB ogłoszono najlepszym polskim rockowym zespołem 50-lecia. To trójka muzyków, która zrewolucjonizowała polski rock. A przy tym wciąż istniejący zespół, formacja, która wciąż koncertuje, tworzy i nie odcina kuponów od swoich sukcesów. Wciąż – zgodnie z rozwinięciem nazwy SBB – Szuka, Burzy i Buduje…

Silesian Blues Band powstał w 1971 roku w Siemianowicach Śląski jako zespół Józefa Skrzeka (ex-Breakout), młodego basisty i pianisty. W składzie tria obok lidera znaleźli się Apostolis Anthimos (gitara), 17-letni syn greckich imigrantów oraz Jerzy Piotrowski (perkusja). Intensywne próby, regularne koncerty na Śląsku i pierwsze nagrania radiowe spowodowały, że zespół został dostrzeżony. W latach 1972-73 Silesian Blues Band rozpoczął ponad półtoraroczną współpracę z Czesławem Niemenem (jako grupa Niemen). Koncertowali w Europie (festiwal Rock And Jazz Now w Niemczech, Pori Jazz Festival w Finlandii, Jazz Blizen w Belgii). Nagrali cztery albumy (w tym dwa dla CBS, produkowane przez Macka). Latem 1973 muzycy rozstali się z Niemenem, zmienili nazwę na SBB (Szukaj, Burz, Buduj) i rozpoczęli własną karierę.

Pierwszy album SBB został nagrany na żywo w kwietniu 1974 r., niespełna dwa miesiące po oficjalnym debiucie grupy. Wypełniła go żywiołowa muzyka w duchu Jimi’ego Hendrixa i tria Cream, pełna szaleńczych solówek gitary i przesterowanego basu. Kolejne miesiące działalności to coraz więcej koncertów (Niemcy, Czechy, Węgry, Szwecja) i coraz więcej nagrań (kolejne LP, muzyka ilustracyjna do filmów i TV). Każda kolejna płyta SBB to stopniowe odchodzenie od żywiołowego free-rocka na rzecz przemyślanych i rozbudowanych kompozycji, długich, progresywnych suit z niezwykłym brzmieniem syntezatorów Moog. Od 1977 r. zespół pracuje z niemiecką agencją Aries. Zaczyna regularnie występować w Niemczech, Danii, Finlandii, Holandii, Szwajcarii. Na rynek zachodni przygotowują trzy albumy: „Follow My Dream”, „Welcome” i „Slovenian Girls”. W 1978 r. SBB występuje na festiwalu Roskilde ’78 stając się jedną z głównych atrakcji imprezy. W 1980 r. nagrywają album „Memento z banalnym tryptykiem”, uznawany przez wielu za najlepszy progresywny album, jaki powstał w Polsce.

Grupa powróciła do czynnej działalności w latach 90. Od 2000 r. współpracują z Paulem Wertico (Pat Metheny Group, Larry Coryell), a od 2007 r. z Gaborem Nemethem (Locomotiv GT, Skorpio). W 2005 r. znowu nawiązali współpracę z producentem Reinholdem Mackiem (CD „New Century”) W latach 2004-2006 firma Metal Mind wydała kompletną antologię nagrań zespołu (40 CD!). W 2006 r. zespół występuje jako gość specjalny Deep Purple na ich koncertach w Polsce oraz jedna z gwiazd Baja Prog 2006 w Meksyku.

W 2014 r. do składu SBB powrócił Jerzy Piotrowski. Oryginalny skład staje po raz pierwszy na jednej scenie od dwudziestu lat. Zespół koncertuje, nagrywa i nie szukają taniego poklasku. Każdy album to nowe wyzwanie, każdy koncert to nowe spojrzenie na muzykę. Grupa umiejętnie sięga do swojej przeszłości, odnajdując w niej to, co najlepsze. I wciąż szuka, burzy i buduje…

Progresja Music Zone
22 kwietnia 2015
18:00 - 23:30
scena: Main Stage
ceny biletów:
przedsprzedaż - 80/83 PLN | w dniu - 95 PLN

poniedziałek, 30 marca 2015

Ozric Tentacles w w ramach Serotoniny w Progresji

Trzecią edycję Serotoniny otworzy legendarna, psychodeliczno-rockowa kapela Ozric Tentacles. Grupa na scenie istnieje od 32 lat i posiada w swoim dorobku ponad milion sprzedanych płyt. 

3cia edycja Serotonina party współorganizowana jest wraz z Klubem Progresja, i będą to w zasadzie dwa osobne wydarzenia, na które bilety można będzie kupić oddzielnie, bądź też wykupić karnet, który będzie pozwalał zaliczyć dwie imprezy. Poza muzyczną stroną imprezy nie zabraknie jak zwykle wizualizacji i dekoracji na najwyższym poziomie. Na suficie oraz na ścianach zawisną konstrukcje 3D MAE DEKO, które będą skąpane w największych rozmiarów pracach twórców z 2DEKO. Ekipa Egodrop zadba o najwyższej jakości 3D mapping, jak i o kształt ekranów. Do tego poza Ozric Tentacles na Main Stage i Chill Outcie zagra dwójka headlinerów z zagranicy. Nie zabraknie również DJów kolektywów Mystic Arts Event i Egodrop. 

Serotonina – rozkład jazdy: 

MAIN STAGE

gate open 19:00, Start 20:00
Ozric Tentacles live in concert (UK)

Serotonina Psytrance Party
Start 22:00

Abomination live (Mechanik Rec/Israel)
Electrypnose live (2to6 Rec/Swiss)
Zoogra live (Mystic Arts Event/PL)
Nois (Egodrop)
Trip (Egodrop)
Leo Rafen (Mystic Arts Event/LesnaSzajka)
Styropian (Mystic Arts Event/ Psylesia)

CHILL STAGE

Electrypnose Live ( Electrypnosis Media/Swiss)
Lauge Live (Altar Records/DK)
Bladzinsky (Medulla Oblogata/3city)
Meff (Egodrop/Krk)
Damon (Mystic Arts Event/Chillumafia)
Bongo (Mystic Arts Event/Hallabanaha)
Moondancer (Mytsic Arts Event/Quantum Digits Rec)  

OZRIC TENTACLES [UK]

Ozric Tentacles to rockowy zespół instrumentalny pochodzący z angielskiego miasta Somerset. Ich muzyka określana jest jako psychodeliczny space rock. Grupa powstała w 1983 roku z inicjatywy gitarzysty Eda Wynne, który jest obecnie jedynym członkiem pierwotnego składu. Do 2011 roku Ozric Tentacles nagrali 28 płyt i są jednym z niewielu zespołów z tak długim stażem, który wszystkie albumy wydawał niezależnie, bez pomocy żadnej dużej wytwórni, a ich płyty rozeszły się w ponad milionowym nakładzie.

Nic nie zapowiadało tak wielkiego sukcesu w 1983 roku na Stonehenge Free Festival. To właśnie tam spotkali się Ed Wynne, jego brat Roly Wynne, Nick ‘Tig’ Van Gelder, Joie Hinton. Podczas sześciogodzinnego jam session, połączonego z abstrakcyjnymi rozmowami m.in. na temat płatków śniadaniowych powstał muzyczny projekt, który zachwycił zgromadzonych wokół nich słuchaczy. Publiczność domagała się nazwy dla tak zacnej grupy. Wtedy Ed odparł, że nazywają się “Ozric Tentacles”. Ich muzyka to mieszanka hippisowskiej estetyki, elektroniki, sampli, połączona z gitarowym brzmieniem i wyraźnym rytmem. Grupa stała się szybko sztandarowym przykładem zespołu muzycznej sceny angielskiej swojego pokolenia i choć skład wielokrotnie ulegał zmianie, zmieniały się także nośniki muzyki, trendy muzyczne, to jednak muzyka Ozrics pozostaje świeża, autentyczna i alternatywna. Przez wszystkie lata działalności grupa intensywnie koncertowała w kraju i za granicą, występując regularnie w całej Europie, Azji, Ameryce Północnej i Południowej. Obecnie w skład grupy wchodzą: Ed Wynne, Brandi Wynne, Silas Wynne i Balazs Szende. Występ w ramach Serotoniny promuje wydanie nowego albumu Ozric Tentacles.

środa, 25 marca 2015

Steven Wilson na dwóch koncertach w Polsce


Kompozytor, multiinstrumentalista, wokalista i producent. Lider Porcupine Tree, filar takich projektów, jak No-Man, Blackfield, Bass Communion, Storm Corrosion. Muzyk solowy, artysta poszukujący, muzyczny innowator. Twórca muzyki wysoce oryginalnej, pełnej głębi i pobudzającą wyobraźnię. Steven Wilson w różnych składach uczestniczył w nagraniu ponad setki płyt i wyprodukował kilkadziesiąt albumów utrzymanych w rozmaitych konwencjach muzycznych. Pod solowym szyldem wydał dotychczas trzy albumy.

Dwie znakomite sale koncertowe gościć będą Stevena Wilsona wraz z zespołem. Artysta promować będzie nowy, wydany w lutym 2015 roku solowy album "Hand. Cannot. Erase". Tym razem nie są to opowieści o duchach, "nieznanym" i pozazmysłowym, seryjnych mordercach czy patologiach. Kanwą najnowszej muzycznej opowieści Stevena Wilsona są realne wydarzenia znane z brytyjskiej telewizji. Zainspirowany filmem dokumentalnym Days of our lives postanowił próbować odpowiedzieć na pytanie: "Jak żyjąc w wielkim mieście możesz zostać niezauważonym?". Zespół Wilsona zagra w następującym składzie:

Steven Wilson - vocal, guitar, piano, mellotron, artistic direction
Guthrie Govan - guitar
Adam Holzman - keyboards
Nick Beggs - bass, Chapman stick
Marco Minnemann - drums and percussion

STEVEN WILSON with band
"Hand. Cannot. Erase. Tour 2015"
7.04.2015 KRAKÓW, ICE Congress Hall, 20:00
Jak informuje organizator, bilety na koncert krakowski zostały wyprzedane! 
8.04.2015 ŁÓDŹ, Klub Wytwórnia, 20:00

Bilety w sprzedaży na WWW.ROCKSERWIS.PL oraz w punktach i na stronach TICKETPRO.PL  i  EVENTIM.PL.

wtorek, 27 stycznia 2015

Relacja: XX urodziny 'Moonshine' w Progresji

Każdy muzyczny gatunek ma swoje złote lata. Muzyka Collage lata swojej świetności ma niestety za sobą. Dziś młoda generacja rzadko spogląda głodnym okiem na styl Marillion czy IQ z lat 80-tych, chętniej zwracając swe uszy w kierunku post-progressive czy post-rocka. Po swojej reaktywacji Collage stanął przed niesamowicie trudnym zadaniem. Nie tyleż musiał skutecznie przypomnieć o sobie fanom formacji, o ile nie mógł sobie pozwolić na to, by nie zaszczepić miłością do własnej twórczości nową generację słuchaczy. Koncert w Progresji był niezbitym dowodem na to, że to trudne zadanie udało się w zupełności. Chyba nawet lepiej, niż zespół mógłby się spodziewać.

Od wydania Moonshine minęło już 20 lat. Z tej okazji muzycy Collage postanowili uczcić ten niezwykle ważny dla polskiej muzyki album, prezentując go w całości na żywo. Mimo niezbyt sprzyjającego terminu frekwencja była znakomita. Klub zapełniony był niemal w całości, a liczbowo publiczność zbliżała się do "osiągów" koncertów Opeth czy Carcass. 

Występ Collage zapowiedział dziennikarz radiowej "Trójki", Piotr Stelmach, który zaliczył mały epizod w roli managera grupy w latach 90-tych. Wbrew moim oczekiwaniom Collage nie zaprezentowało Moonshine od deski do deski. Koncert rozpoczął się od In Your Eyes, przechodzącym w Heroes Cry, a w dalszej kolejności formacja mieszała materiałem, prezentując kompozycje z Baśni oraz Safe. Z jednej strony trochę szkoda, że nie mieliśmy możliwości rozkoszować się muzyką z Moonshine, zagraną od A do Z, ale z drugiej strony wydaje się, że dzięki temu wydarzenie nie utraciło na swojej nieprzewidywalności i dramaturgii. Nawet ja, znający "set" Collage niemal od podszewki, byłem nieco zaskoczony kolejnością zaprezentowanych kompozycji.

Uczestniczyłem w reaktywacyjnym koncercie Collage dwa lata temu. Mimo tego, że zapamiętam to wydarzenie niezwykle pozytywnie, to rocznicowy koncert... przebił go o głowę. Muzycy nie tylko wypadli lepiej jako pewny siebie zespół. Collage dosłownie dopieściło wydarzenie pod względem wizualno-brzmieniowym. Tak krystalicznego brzmienia i perfekcyjnej gry świateł nie powstydziłaby się żadna wielka gwiazda! Wspaniale wyeksponowano perkusje Wojtka Szadkowskiego, który co chwila zaskakiwał ciekawymi zagraniami. Bajkowo brzmiała gitara Mirka Gila, która otrzymała niesamowitą wręcz głębię. Do poziomu, zresztą to już jest normą, dostosował się Karol Wróblewski. Kiedy dwa lata temu Collage ogłosiło, że to właśnie on będzie pełnił rolę wokalisty, fani przyjęli ten fakt z umiarkowanym optymizmem, by nie rzec podejrzliwością. Czy sobie poradzi? Okazało się, że tak! Karol wspaniale wykonywał swoje partie wokalne, którymi po prostu żył na scenie. Razem z kolegami zespołu bardzo skutecznie inicjował kontakt z fanami, przez co publiczność reagowała żywiołowo na muzykę Collage od pierwszego do ostatniego zagranego dźwięku.

Był to naprawdę bardzo udany koncert. Warto było uczestniczyć na wydarzeniu nie tylko by posłuchać repertuaru Collage w mistrzowskiej oprawie. Bardzo podniosła na duchu wspaniała frekwencja tego wieczoru. Dobrze, że ciągle są tacy, którzy doceniają te piękne dźwięki.

Zdjęcia -> klik

Setlista:
1. In Your Eyes
2. Heroes Cry
3. Ja i Ty
4. Kołysanka
5. One of Their Kind
6. Safe
7. Lovely Day
8. Baśnie
9. The Blues
10. Eight Kisses
11. Jeszcze jeden dzień
12. Moonshine
13. War Is Over
_________
14. Wings in the Night
_________
15. Living in the Moonlight
16. God (John Lennon cover)
17. The Blues

wtorek, 6 stycznia 2015

Collage – Moonshine 20th Anniversary Live Show

17 stycznia w klubie Progresja Music Zone odbędzie się koncert z okazji 20-lecia albumu Moonshine!

"Koncert zostanie zarejestrowany na nośnikach DVD oraz CD, a później oczywiście wydany. Chcielibyśmy także, uwiecznić tym wydawnictwem każdą chwilę oraz dosłownie każdą osobę, która weźmie udział w tym niesamowitym wydarzeniu. Mamy nadzieję, że będzie to świetna pamiątka. Zapraszamy Was Kochani do przyjazdu i wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu." – Collage

Album Moonshine odniósł ogromny sukces artystyczny i do dnia dzisiejszego uważana jest za jedną z najważniejszych płyt lat 90. w rocku progresywnym. Według czytelników pisma Tylko Rock znalazła się na 6. miejscu najlepszych płyt rockowych w Polsce a według tego samego pisma w podsumowaniu dekady 1991-2001 uznana została za jedną z pięciu najlepszych płyt polskich roku 1995.




Progresja Music Zone
data: 17/01/2015
godzina: 18:00 - 23:30
scena: Main Stage
ceny biletów: przedsprzedaż - 50 PLN | w dniu - 60 PLN

czwartek, 25 grudnia 2014

UFO zagra w Warszawie oraz Krakowie!

Nareszcie można oficjalnie potwierdzić krążące od miesięcy plotki - 23 lutego 2015 roku w sprzedaży pojawi się najnowszy album legendarnego brytyjskiego  zespołu UFO!  Dwudziesta druga płyta w karierze bandu, A Conspiracy Of Stars, zawierać będzie dwanaście fantastycznych piosenek nagranych przez zespół w składzie Phil Mogg, Paul Raymond, Vinnie Moore, And,y Parker i Rod De Luca. Materiał zrealizowany został przez Chris’a Tsangarides, który współpracował z artystami takimi jak Judas  Priest, Thin Lizzy i Gary Moore.

Wraz z premierą nowej płyty, UFO wyrusza w trasę koncertową promującą nowe wydawnictwo, która obejmie m.in. Niemcy, Czechy, Litwę, Szwajcarię, Wielką Brytanię oraz Irlandię. Giganci hard rocka odwiedzą również Polskę – w marcu zagrają w Warszawie i Krakowie!

Zespół z niecierpliwością czeka na reakcje fanów związane z ich nowym albumem. A Conspiracy Of Stars z jednej strony przypomina największe dokonania UFO, z drugiej zaś jest na tyle świeżym materiałem, że bez wątpienia przekona do siebie tak starych fanów, jak i tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tą legendarną kapelą.

A CONSPIRACY OF STARS TOUR 
  
4 marca – Warszawa, klub Stodoła 
6 marca – Kraków, klub Kwadrat

BILETY:
4 marca – Warszawa, klub Stodoła
przedsprzedaż - stojące: 90 pln, balkon: 120 pln
w dniu koncertu - stojące: 100 pln, balkon: 140 pln

6 marca – Kraków, klub Kwadrat
przedsprzedaż - 90 pln
w dniu koncertu – 100 pln

Bilety dostępne od 24.11, godz. 12:00 w kasie klubu Stodoła oraz na www.stodola.pl, www.ebilet.pl, www.eventim.pl oraz www.ticketpro.pl

sobota, 20 grudnia 2014

UK na dwóch koncertach w Polsce

Wydawnictwo Rock-Serwis Piotr Kosiński zaprasza na koncerty legendarnego UK w składzie: Eddie Jobson - John Wetton - Alex Machacek - Virgil Donati. Zespół w ramach UK's Final World Tour zagra w przyszłym roku we Wrocławiu oraz Warszawie.

Muzyka nie znosi próżni. Gdyby nie chimeryczność Roberta Frippa grupa UK nigdy by nie powstała. Zespół założony został w latach 70. ubiegłego stulecia z inicjatywy Johna Wettona (wokal, bas) i Billa Bruforda (perkusja), po zawieszeniu działalności przez King Crimson z którym obaj muzycy byli związani. Wetton zaprosił do współpracy "cudowne dziecko brytyjskiego rocka” Eddiego Jobsona (klawisze, skrzypce), którego poznał podczas współpracy z Roxy Music, a Bruford zwerbował Allana Holdswortha (gitara), który zagrał wcześniej gościnnie na jego debiutanckiej solowej płycie. Jako kwartet, UK nagrał tylko jeden album zatytułowany po prostu U.K, po czym, po odejściu z zespołu Bruforda i Holdswortha oraz dołączeniu znakomitego perkusisty Terry'ego Bozzio przekształcił się w trio i wydał drugą płytę, Danger Money. Rok później, w marcu 1980 roku, w wyniku różnic poglądów dotyczących stylu przyszłych nagrań, grupa przestała istnieć.

W połowie lat 90. ubiegłego stulecia Jobson i Wetton wznowili współpracę i pojawiła się szansa na nową płytę zatytułowaną Legacy, jednak ostatecznie do realizacji projektu nie doszło.

10 lat później, w październiku 2007 roku Jobson ogłosił powstanie nowego zespołu - UKZ, w którego składzie znaleźli się Aaron Lippert (śpiew), Trey Gunn (gitara, bas, Stick) i Marco Minnemann (perkusja). W marcu 2009 roku UKZ wydał EPkę zatytułowaną Radiation. Pod koniec 2009 roku z inicjatywy Jobsona doszło do pierwszych po blisko 30-letniej przerwie, koncertów podczas których Jobson i Wetton pojawili się obok siebie na scenie! Tym bardziej frapujący był fakt, że koncerty odrodzonego UK (Eddie Jobson, John Wetton, Tony Levin, Marco Minnemann, Greg Howe) miały miejsce w Polsce (Kraków, Warszawa, Bydgoszcz).

W 2012 roku Eddie Jobson ponownie doprowadził do reaktywacji zespołu i zorganizowania tournee pod hasłem UK 2012 Night After Night. Podczas europejskiej trasy (muzycy zagrali też w Polsce) inkarnacja UK pojawiała się na estradach sal koncertowych w składzie: Eddie Jobson (viol, keyb), John Wetton (bass, voc), Alex Machacek (guitar) oraz Gary Husband (drums).

Pod koniec 2014 roku Eddie Jobson zaanonsował kolejną trasę formacji, zaznaczając zarazem, iż bedzie to pożegnalne tournee zespołu. Obejmie kilka europejskich miast, zahaczy o Londyn, a historia UK zostanie zamknięta w Tokio 30 kwietnia 2015.

Tym razem zespół pojawi się na koncertach w składzie Eddie Jobson, John Wetton, Alex Machacek i Virgil Donati (znakomity perkusista znany ze współpracy choćby z Planet X czy Allanem Holdsworthem).

Dyskografia:
U.K. (1978)
Danger Money (1979)
Night After Night - Live (1979)
Radiation (2009) [jako UKZ]

Muzycy:
Eddie Jobson - klawiszowiec i skrzypek, a także kompozytor, aranżer, autor tekstów, realizator i producent nagrań. Swoją karierę rozpoczął jako siedemnastolatek i występował między innymi w Roxy Music, grupie Franka Zappy, Curved Air, UK i Jethro Tull.

John Wetton - gitarzysta basowy, gitarzysta i wokalista. Współpracował między innymi z zespołami King Crimson, Uriah Heep, Wishbone Ash, Asia czy UK, a także jako muzyk sesyjny z Brianem Eno, Bryanem Ferrym i Philem Manzanerą. Nagrał też wiele albumów solowych.

Alex Machacek - jazzowy gitarzysta i kompozytor pochodzenia austriackiego. Zafascynowany twórczością Joe Passa, Allana Holdswortha i Franka Zappy. Nagrał kilka albumów solowych. Współpracował z Terrym Bozzio, Eddie'em Jobsonem i Treyem Gunnem w UKZ, a ostatnio z Planet X i Virgil Donati Band.

Virgil Donati - australijski muzyk i kompozytor, wirtuoz instrumentów perkusyjnych, a także pianista. Na perkusji gra od 3 roku życia. Jako muzyk sesyjny uczestniczył w nagraniu setek płyt. Donati obecnie występuje wraz z grupą Planet X, ponadto występował z takimi muzykami, i zespołami jak: Steve Vai, Ring of Fire, Tribal Tech, Derek Sherinian, Tony MacAlpine, Allan Holdsworth czy Soul Sirkus.


UK's Final World Tour

22.02.2015 WROCŁAW, Sala Koncertowa Polskiego Radia, godz. 20:00
24.02.2015 WARSZAWA, Progresja Music Zone, godz. 20:00

Bilety w sprzedaży od 20.11.2014 na WWW.ROCKSERWIS.PL oraz w punktach i na stronach TICKETPRO.PL i EVENTIM.PL

CENY BILETÓW (wyłącznie miejsca siedzące):
- Wrocław - od 129,00 do 179,00zł
- Warszawa - od 119,00 do 179,00zł

źródło: Rock Serwis (oprac. Agnieszka Lenczewska)

niedziela, 9 listopada 2014

Mono zagra w Hydrozagadce

Post-rock PL i Odyssey Booking mają przyjemność zaprosić na jedyny koncert Mono w Polsce podczas jesiennej europejskiej trasy. Jako support wystąpi Helen Money.

MONO (JPN/Pelagic Records)
www.facebook.com/monoofjapan
www.monoofjapan.com

Założony w 1999 roku w Tokio kwartet przez lata ugruntował sobie pozycję w ścisłej światowej czołówce post-rocka. Grupa ma na koncie siedem albumów, z których największą sławę przyniósł im wydany w 2009 roku krążek „Hymn To The Immortal Wind”.

Jesienią w Warszawie grupa będzie promować aż dwa nowe albumy. 24 października ukażą się płyty „The Last Dawn” i „Rays Of Darkness”. Pierwsza z nich - inspirowana minimalistycznymi ścieżkami dźwiękowymi i shoegaze’m - ma jak dotychczas ujmować słuchaczy pięknymi, delikatnymi melodiami, natomiast „Rays of Darkness” ma być „najbardziej mrocznym albumem w karierze zespołu”.

Japońska grupa jest znana z niezapomnianych, chwytających za serce występów. Poprzedni raz Mono gościło w Warszawie w 2012 roku.

HELEN MONEY (USA/Profound Lore Records)
www.facebook.com/helenmoneyband
www.helenmoney.com

Helen Money to pseudonim artystyczny awangardowej wiolonczelistki Alison Chesley. Doświadczona artystka ma na koncie trzy albumy.

Nagrywany pod okiem legendarnego Steve’a Albiniego ostatni krążek - „Arriving Angels” - zebrał wiele pochlebnych recenzji. Utwory na nim zawarte przywołały skojarzenia z doomem i drone’em w wykonaniu SunnO))), noise’owym brzmieniem Sonic Youth czy minimalizmem w warstwie kompozytorskiej w stylu Mikołaja Henryka Góreckiego. W nagrywaniu albumu artystkę wsparł Jason Roeder, perkusista Neurosis.

Chesley udziela się także często gościnnie na innych albumach. Zagrała na ponad 150 płytach takich artystów jak m.in. Mono, Broken Social Scene, Russian Circles, Disturbed i Anthrax.

18.11.2014 (wtorek)
Klub Hydrozagadka (Warszawa, ul. 11 listopada 22)
Mono + Helen Money
Bilety: 45 PLN (przedsprzedaż) / 55 PLN (w dniu koncertu)
Przedsprzedaż biletów TYLKO na stronie: http://www.bilety24.pl/koncert/mono-helen-money-18-11-2014-warszawa-hydrozagadka-45815

Patroni koncertu:
Magazyn Gitarzysta - https://www.facebook.com/MagazynGitarzysta
ArtRock.pl - https://www.facebook.com/artrockpl
Limiter.com.pl - https://www.facebook.com/limitercompl
I’m Stuck Between - https://www.facebook.com/ImStuckBetween
Radio Aktywne - https://www.facebook.com/RadioaktywnePW
The Eye Of Every Storm - https://www.facebook.com/TheEyeOfEveryStorm
Shoegaze.pl - https://www.facebook.com/shoegazepl
LoudNow - https://www.facebook.com/LoudNow
Japonia-online.pl - https://www.facebook.com/JaponskaPrasowka
Wydarzenie na facebook