niedziela, 31 sierpnia 2014

Relacja: Ino-Rock Festival 2014

Już kilkukrotnie chciałem wybrać się na Ino-Rock. Niestety zawsze znajdowały się jakieś okoliczności, przez które musiałem przekładać wyjazd na kolejny rok. Na szczęście tym razem obyło się bez przykrych niespodzianek i w końcu udało mi się stawić w Inowrocławiu.

Na scenie zobaczyliśmy pięć zespołów. Polskie Soma White oraz Lizard, gruzińską wokalistkę Nino Katamadze wraz z zespołem Insight, brytyjczyków z Haken oraz legendarne IQ.

Zaczęło się od występu dwóch polskich zespołów. Oba z nich zagrały przyjemne koncerty. Soma White wyróżniał naprawdę dobry głos wokalistki i bardzo przestrzenne dźwięki. Myślę, że zespół wypadł lepiej niż rok temu, gdy widziałem Soma White u boku Collage. Następny w kolejce Lizard zaproponował bardziej melodyjny i stonowany materiał, który zakończył brawurowym wykonaniem 21st Century Schizoid Man King Crimson. Widownia była zachwycona.

Nino Katamadze & Insight był dla mnie największą zagadką festiwalu. Tym razem złamałem zasadę przesłuchania każdego zespołu w zaciszu domowym przed zobaczeniem go na żywo więc całkowicie nie wiedziałem czego spodziewać się po Gruzince. Muszę przyznać, że dość dziwna decyzja zapraszania na festiwal do Polski całkowicie nieznanego w naszym kraju artysty okazała się... strzałem w dziesiątkę! Nino z zespołem podniosła poziom koncertu o co najmniej jeden poziom. Koncert był po prostu znakomity! Artyści zabrali słuchaczy w klimatyczne, jazzowo-soulowe rejony, od czasu do czasu zaskakując przyjemnymi rock'n'rollowymi rytmami. Sekcja instrumentalna pracowała wręcz genialnie, a Nino dawała z siebie wszystko rozpalając inowrocławską widownię do czerwoności. Było niesamowicie! Po koncercie zaczynałem się mocno zastanawiać czy Haken udźwignie tak wysoko postawioną poprzeczkę...

Cóż, koncert Haken dał mi odpowiedź na to, dlaczego zespół który wydał trzy absolutnie kapitalne płyty, do tej pory nie jest w stanie zorganizować trasy koncertowej z prawdziwego zdarzenia. Na pewno Ci, którzy czekali na pierwszy koncert Haken w naszym kraju jak na pierwszą gwiazdkę na Wigilii nie zgodzą się ze mną, ale zespół zagrał po prostu... słabo. Pierwsza część występu była po prostu nudna. Na szczęście po Falling Back to Earth oraz Cockroach King nieco się ożywiło, ale ogólnie i tak zespół, przynajmniej mnie, rozczarował. Oczekiwania były bowiem ogromne. Trzeba powiedzieć, że set okazał się dość niefortunny (po co w godzinny koncert wplatać średniej jakości utwór z demo?), a sami muzycy byli niesamowicie statyczni.  Ross Jennings skakał, biegał, robił co mógł, ale przy tego typu muzyce cała formacja musi być bardziej aktywna scenicznie. Wydawało się, że muzycy Haken narysowali sobie na podłodze kredą małe obszary, z których umówili się nie wychodzić... Trafiłem na informację o tym, że zespół bardzo późno przyjechał do Inowrocławia i nie miał wystarczającego czasu na odpowiednie przygotowanie do koncertu. Mimo wszystko ten fakt nie jest w stanie wytłumaczyć dość rozczarowującego koncertu Brytyjczyków.

Festiwal zamykał koncert IQ. Formacja skupiła się na najnowszym materiale z niezwykle ciepło przyjętego The Road of Bones. Grupa wykonała cztery z pięciu utworów z płyty, które wymieszane były mniej lub bardziej starszymi kompozycjami jak tytułowa kompozycja z Frequency czy materiał z The Wake oraz Ever. Na zakończenie zespół zaskoczył tytułowym numerem z The Seventh House oraz bisem! Ogólnie koncert mógł się podobać. Co prawda czasem można było odczuwać znużenie, ale IQ potrafił zabrać słuchaczy w prawdziwe klimatyczne rejony (tak że aż włosy stawały dęba), czemu sprzyjała przyjemna nocna aura.

Ino-Rock należy ocenić pozytywnie. Milo było zobaczyć jak wiele osób spotykało na koncercie starych znajomych, których nie widziało... od ostatniego koncertu ;) Koncert przeprowadzono sprawnie, choć organizatorzy nie ustrzegli się mniejszych lub większych wpadek. Ja przekonałem się, że dużo straciłem nie uczestnicząc w poprzednich edycjach festiwalu oraz o tym, że Inowrocław to naprawde urokliwe miasto.

PS. Na Ino-Rock przygotowywałem się na mój "fotograficzny debiut". Niestety moja lustrzanka na dzień przed festiwalem odmówiła posłuszeństwa i z niespodzianki nici... Bądźcie jednak pewni, że z kolejnego koncertu wrócę już ze smakowitymi zdjęciami! ;)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Powakacyjny powrót na początku października

Niewiele ponad miesiąc dzieli nas do rozpoczęcia kolejnego zaPROGowego cyklu audycji. W pierwszą niedzielę października przeprowadzona zostanie inauguracyjna audycja, podczas której zapoznamy się z twórczością Emerson, Lake & Palmer, Triumvirat oraz Ricka Wakemana z roku 1974. Już dziś serdecznie zapraszam.

Rocznikowi 1974 poświęcimy za PROGiem niemal 6 miesięcy. Szczegółowy harmonogram audycji przedstawia się następująco:

5 października - Triumvirat i Illusions On A Double Dimple, Rick Wakeman, ELP
12 października - Peter Hammill i 'Silent Corner', King Crimson i Starless and Bible Black
19 października - Tangerine Dream i Phaedra, Hawkwind i Hall of the Mountain Grill, Nektar
26 października - Camel i Mirage, Mike Oldfield
2 listopada - Focus i Hamburger Concerto, Refugee i Refugee
9 listopada - Kansas i Kansas, Pavlov's Dog, Utopia
16 listopada - PFM i L'isola di Niente, Le Orme, Biglietto Per L'Inferno, Alusa Fallax 
23 listopada - Magma i Ẁurdah Ïtah & Köhntarkösz, Frank Zappa i Apostrophe (')
30 listopada - Renaissance i Turn Of The Cards, Strawbs i Hero And Heroine
7 grudnia - Robert Wyatt i Rock Bottom, Gong i You, Caravan, Egg
14 grudnia - Gentle Giant i The Power And The Glory, Peter Hammill i In Camera
21 grudnia -  playlista
28 grudnia - playlista
4 stycznia  - SBB i album debiutancki, Blue Effect, Jazz Q, Omega, Czesław Niemen
11 stycznia - Return to Forever, Mahavishnu Orchestra, Weather Report, Santana
18 stycznia - Supertramp i Crime of the Century, Jethro Tull, Lucifer's Friend, Rush, UFO
25 styczniaFaust, The Cosmic Jokers, Can, Popol Vuh, Yatha Sidhra
1 lutego -  King Crimson i Red
8 lutego - Quella Vecchia Locanda i Il Tempo Della Gioia, PFM, Arti E Mestieri, Area
15 lutego - Genesis i The Lamb Lies Down on Broadway
22 lutegoYes i Relayer
1 marca - Gryphon i Red Queen to Gryphon Thre 
8 marcaQueen i Queen II, Lynyrd Skynyrd, Eric Clapton
15 marca - Wyniki plebiscytu na najlepszy progresywny utwór roku 1974

środa, 6 sierpnia 2014

Recenzja: Opeth - Pale Communion (2014)


Pamiętacie moją recenzję Heritage? Mimo, że jestem szczerym fanem Opeth i muzyki lat 70-tych album został przeze mnie potraktowany dosyć chłodno. W głównej mierze dlatego, że Mikael Åkerfeldt stworzył krążek niespójny, w każdym kolejnym utworze przemycając coraz to nowe, kłócące się ze sobą, pomysły. Na Pale Communion jest inaczej. Muzyk porzucił marzenie bycia wszystkimi swoimi muzycznymi idolami naraz, a skupił się na stworzeniu przemyślanego, dobrze zaplanowanego od początku do końca dzieła.

Okładka, mimo że niezbyt urodziwa, bardzo dobrze odzwierciedla klimat wydawnictwa. Muzyka zawarta na Pale Communion to dźwięki koloru szarości i ciemnego brązu. Opeth umieścił swoje najnowsze dzieło w mrocznej otoczce, bardzo mocno nawiązując w tym względzie do Watershed. Zarówno jedna jak i druga płyta kojarzy się z opuszczonym, nieoświetlonym pokojem pełnym zakurzonych antyków. Jeżeli przypomnicie sobie jak emocje towarzyszyły Wam podczas obcowania z Hessian Peel czy Hex Omega, to na Pale Communion Opeth prowadzi nas w podobne rejony. Jest sentymentalnie, mrocznie, choć od czasu do czasu Szwedzi zaskakują, wplatając do muzyki najbardziej przebojowe motywy w swojej historii, a czasem, co nie darzyło się dotąd nigdy, sporo muzycznego światła.

Kompozycyjnie Pale Communion można określić jako pomost między Watershed (2008), a Heritage (2011). Recenzowany album rodzi się z klimatu i sporej ilości muzycznych patentów Watershed, a kompozycyjnym rozmachem zahacza o różnorodne materiałowo Dziedzictwo. Można powiedzieć, że Pale Communion stoi na środku drogi pomiędzy tymi dwoma albumami. Nie oznacza to jednak, że nie zawiera całkowicie nowych dla Opeth elementów. Wydawnictwo z pewnością można uznać za najbardziej przebojowe dzieło Szwedów. Takiego nacisku na melodie wokalne w muzyce Opeth do tej pory z pewnością nie było.

W skład Pale Communion wchodzi osiem utworów. Album rozpoczynają dwie melodyjne i dynamiczne kompozycje: Eternal Rains Will Come oraz Cusp of Eternity, których wysłuchać można było jeszcze przed premierą krążka. Typowe dla Opeth prowadzenie linii melodycznej dźwiękami gitary elektrycznej już na Heirtage zostało mocno ograniczone. Tutaj jednak sprowadzone zostało do minimum. Zarówno pierwsze dwa utwory jak i pozostałe kompozycje prowadzone są wokalami, a solówki w większości sprowadzają się do szybkich, kanciastych zagrań Fredrika Åkessona, a nie melodii Åkerfeldta.

Bardzo dobre wrażenie robi trzeci na krążku Moon Above, Sun Below. Jest to wielowątkowa kompozycja, na której Åkerfeldta śpiewa z wykorzystaniem pełnej skali głosu. Usłyszymy i bardzo niski, i bardzo wysoki wokal. Niespodzianek wokalnych na albumie jest zresztą więcej. Szwed bardzo często pozwala sobie na muzyczne urozmaicenia, które, choć może nie zawsze wypadają rewelacyjnie, ubarwiają krążek. To czym oczarowuje wspomniany Moon Above, Sun Below to kanciaste, naprawdę wciągające melodie i riffy rozpoczynające utwór i go wieńczące. Co dzieje się w środku? Starzy fani Opeth nie powinni mieć powodów do narzekania. Na szczęście Åkerfeldt nie zrezygnował z typowych dla siebie, a inspirowanych Comus, akustycznych harmonii, na które nakłada melodyjną gitarę i/lub wokal. Środkowa część Moon Above, Sun Below, a także Elysian Woes, to właśnie tego typu granie.

Druga część albumu rozpoczyna się instrumentalnym utworem o tytule Goblin. Utwór miał być zainspirowany włoskim zespołem o tym samym tytule, odnoszącym swoje największe sukcesy w drugiej połowie lat 70-tych. Mimo tego, że urody Goblinowi nie można odmówić, to wydaje się najmniej porywającą częścią albumu, choć bardzo ciekawych rozwiązań w jego drugiej części (przywodzi na myśl amerykańskie fusion), nie można mu odmówić.

Największym zaskoczeniem na płycie jest z pewnością ośmiominutowy River. Utwór rozpoczyna się wręcz szokującym, wysokim wokalem (falsetem) Åkerfeldta opartym o przyjemną, optymistyczną gitarową melodię. Brzmi to tak, że przez kilka minut można obawiać się słodziutkiej, radiowej balladki... Pojawienie się złowieszczych (wręcz grobowych) dźwięków hammonda w czwartej i gitarowego pojedynku na najbardziej pokręcone granie w piątej minucie utworu zaprowadza Rzekę w bardziej opethowe rejony.

Następny w kolejce Voice of Treason, którego rozpoczęcie może przywodzić na myśl muzykę do filmów szpiegowskich, to dynamiczna kompozycja zbliżona do pierwszych dwóch utworów Pale Communion. Oparta została o nieco orientalny klimat i chyba nie tylko mi nieco przypomina wydany w roku 2009 na singlu The Throat of Winter. Album zamyka wielowątkowy i poruszający, mocno zapadający w pamięć Faith In Others. W moim odczuciu jest to najlepsza kompozycja na albumie i chyba jedna z lepszych, jaką można było usłyszeć w roku 2014.

"Nowe" wcielenie Opeth to, tak jak w przypadku Heritage, więcej miejsca dla innych instrumentów niż będąca na pierwszym planie gitara elektryczna. O ile gra Méndeza i Axenrota na Pale Communion nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak na Heritage, to dźwięki jak wydobywa z instrumentów klawiszowych, nowy w zespole, Joakim Svalberg naprawdę oczarowują. W tym miejscu warto podkreślić wspaniałe brzmienie krążka, o które zadbał Steven Wilson. Brytyjczykowi udało się połączyć nowoczesność z kurzem lat 70-tych, stworzyć wspaniały muzyczny klimat oraz oddać naturalność brzmienia bez widocznej ingerencji techniki.

Pale Communion to dobra płyta. Nie jest to album rewelacyjny i nie będzie oceniany w superlatywach, ale z pewnością zawiera sporo dobrych, zaskakujących pomysłów i zapadających w pamięć melodii, choć jestem przekonany, że tym, którym nie spodobało się Heritage i ten album się nie spodoba. Co do tych, którym Heritage się spodobało, to i na Pale Communion nie powinni narzekać, choć płyty te dość mocno się różnią. W tym miejscu porównałbym je do drogi, którą pokonujemy samochodem. Heritage jest trasą pełną wzniesień i zjazdów, którą przejdziemy z trudnością, męcząc się, ale która przyniesie nam sporo wrażeń. Pale Communion to prosta droga, którą przejeżdża się z przyjemnością, ale która nie zostawia większego śladu w naszej pamięci, choć raczej ją częściej będziemy wybierać do przejechania trasy.

Pale Communion to płyta równiejsza niż Heritage, której słucha się z pewnością lepiej i przyjemniej, ale która zawiera mniej błyskotliwych momentów. Na Heritage można było ponarzekać, ale zarówno The Devil Orchard, jak i chociażby Häxprocess były naprawdę wyśmienitymi utworami. Na Pale Communion jest jakby równiej, ale mniej efektownie. Wydaję mi się, że mimo wszystko częściej będę wracał do pojedynczych utworów z Dziedzictwa niż do całego Pale Communion, choć nie ulega wątpliwościom, że ta druga płyta całościowo jest po prostu lepsza.

Lista utworów:
1. Eternal Rains Will Come (6:43)
2. Cusp of Eternity (5:35)
3. Moon Above, Sun Below (10:52)
4. Elysian Woes (4:47)
5. Goblin (4:32)
6. River (7:30)
7. Voice of Treason (8:00)
8. Faith in Others (7:39)
Czas całkowity: 55:40

czwartek, 31 lipca 2014

Recenzja: Tides From Nebula - Eternal Movement (2013)


Pewnego rodzaju fenomenem jest dla mnie to, że Tides From Nebula kolejny raz zaskoczył. Zaskoczył tworząc album w swoim stylu, ale jednak zupełnie odmiennie od poprzednich dwóch wydawnictw. Na krążku Aura dominowała muzyczna energia i pazur, Earthshine to niezwykle klimatyczne, wręcz ambientowe dźwięki, Eternal Movement to natomiast ruch, dynamika oraz przestrzeń. Tides From Nebula jest daleki od odcinania kuponów. Najnowsze wydawnictwo grupy to świeży powiew nowych dźwięków i pełna gama nieeksploatowanych dotąd muzycznych emocji. 

Eternal Movement to bardzo przestrzenna płyta. Mimo tego, że jest bardzo gęsta pod względem używanych instrumentów, to zespół pozostawił słuchaczowi dużo miejsca dla jego własnej muzycznej wyobraźni. Duży nacisk został postawiony na melodie. Utwory są dynamiczne oraz dosyć zróżnicowane pod względem kompozycji (zespół bardzo często przeplata delikatniejsze i mocniejsze momenty). To co jednak należy zdecydowanie podkreślić to niepowtarzalny klimat krążka.

W skład Eternal Movement wchodzi osiem utworów, trwających w sumie niespełna 50 minut. Osiem utworów, spośród których każdy wyróżnia się czymś szczególnym i pośród których próżno szukać słabych punktów. Rozpoczynający album Laughter of Gods to zdecydowane, skondensowane gitarowe wejście z delikatniejszym rozwinięciem w części środkowej. Świetne wrażenie robi drugi na płycie, wybrany jako singiel, pełny energii Only With Presence. Kolejny Satori zapada w pamięć hipnotyzującym rytmem perkusji, przyjemnie pulsującym basem i goniącymi za nieboskłon gitarami wylewającymi się strumieniami po delikatnym wstępie. Emptiness of Yours and Mine to z kolei bardzo niespiesznie rozwijający się i delikatny utwór, który przechodzi do zdecydowanej, a wręcz ciężkiej końcówki. Hollow Lights cechuje się niebywałą otwartością i muzyczną przestrzenią. Najbardziej emocjonująca jest natomiast końcówka: nastrojowy, bardzo wciągający, wręcz kosmiczny Now Run, dramatyczny Let It Out, Let It Flow, Let It Fly i, chyba najlepszy na krążku, Up From Eden.

W porównaniu do poprzednich dwóch wydawnictw Eternal Movement to wydawnictwo nadające się do słuchania w różnych okolicznościach. O ile Aura to płyta klimatem nawiązująca do jesieni, a Earthshine do zimy, to Eternal Movement doskonale sprawdza się jako dodatek do dnia codziennego o każdej porze roku. Jest tu bowiem wszystko: i wiosenna, zielona polana, i pokryty białą warstwą śniegu pejzaż, i spadające z drzewa liście, a także letnie promienie słońca. Najnowsze wydawnictwo Tides From Nebula przemyca zdecydowanie więcej różnorodnych emocji niż to miało miejsce na poprzednich dwóch krążkach. Być może dlatego ciężko się tym krążkiem zmęczyć.

Może muzyka Tides From Nebula nie jest szczególnie nowatorska i odkrywcza, może słuchacz przy pierwszych dźwiękach płyty grupy nie wpada w ekstazę, a muzyka nie robi na nim wielkiego wrażenia, ale z absolutną pewnością jest to muzyka, której naprawdę niezwykle przyjemnie się słucha. Nie jestem pewien czy umieściłbym tę płytę, a także poprzednie wydawnictwa formacji, w dziesiątce najlepszych albumów wydanych danego roku. Kuriozalny dla mnie jest przy tym fakt, że Eternal Movement to piąta najczęściej słuchana przeze mnie płyta wydana w roku 2013...

Ta muzyka całkowicie pochłania i wciąga. Właśnie dlatego puszczonego w odtwarzaczu krążka po prostu nie zatrzymuje się aż do ostatnich dźwięków. 

Lista utworów:
01. Laughter of Gods  
02. Only With Presence  
03. Satori  
04. Emptiness of Yours and Mine 
05. Hollow Lights 
06. Now Run  
07. Let it Out, Let it Flow, Let it Fly  
08. Up From Eden

poniedziałek, 28 lipca 2014

Najnowszy Lizard już w sklepach!

Lizard, choć może jawić się jako pismo typowo rockowe, nie jest ściśle związany z głównym “strumieniem” tego gatunku. Na łamach magazynu dużo miejsca poświęcane jest nurtowi rocka progresywnego (stale popularnego w muzyce od lat 70.), rocka psychodelicznego (przeżywającego w ostatnim czasie ogromny renesans, także w Polsce). Lizard zajmuje się także jazzem i jazz-rockiem, bluesem, muzyką elektroniczną, a nawet soul-funkiem.
 
Na okładce zapatrzony w gitarę Jimmy Page, jeden z liderów grupy Led Zeppelin, który to zespół, a konkretnie jego najwcześniejsze poczynania, są głównym tematem numeru. Inni rockowi weterani, którzy również stanowią ważną część tego wydania, to Deep Purple i ich wybuchowy, koncertowy album “Made in Japan”, Elton John i jego arcydzieło - LP “Goodbye Yellow Brick Road” oraz rodzima Budka Suflera i opis jej poczynań na polu prog-rocka. Przepytujemy o karierę Stana Borysa, rozmawiamy z basistą wielce popularnego w Polsce zespołu Camel - Colinem Bassem. Przyglądamy się także twórczości młodych, świetnie rokujących muzyków - Natalii Sikorze i jej hard-rockowemu BWB Experience, Tomaszowi Organkowi, który zadebiutował w maju świetnym, solowym albumem “Głupi”, wybitnej gitarzystce jazzowej - Mary Halvorson oraz brytyjskiemu wokaliście, który ma szansę być następcą gwiazd pokroju Johna Lennona czy Boba Dylana - Pete’owi Molinari. Nie zabrakło także miejsca na odrobinę awangardy, w postaci biografii poprzedzającej grupę Kraftwerk formacji Organisation (będącej jednocześnie świetnym esejem opisującym niemiecką muzykę ery Woodstocku) oraz CD z nagraniami od polskiej wytwórni For Tune, będącej esencją tego, co dzieje się na współczesnej scenie związanej z awangardą, improwizacją oraz jazzem.
 
Magazyn Lizard ukazuje się jako kwartalnik, jego stała cena to 15zł. Można zakupić go w sieci Empik, w sklepach Takt24 i Rock-Serwis, na stronie pisma lub przez Allegro. Wydawcą magazynu jest Audio Cave, dystrybutor i wydawca audiofilskich sprzętów oraz płyt winylowych.
 
Więcej na:

poniedziałek, 21 lipca 2014

IQ i Haken na Ino-Rock Festival

Podczas tegorocznej edycji festiwalu Ino-Rock wystąpią grupy IQ, Haken, Nino Katamadze & Insight i Soma White. Impreza odbędzie się 30 sierpnia w Inowrocławiu.  

IQ to założony ponad 30 lat temu zespół uważany (zarówno przez dziennikarzy jak i fanów) za jedną z najbardziej znanych i szanowanych formacji z kręgu nowej fali rocka progresywnego (do której zalicza się także Pendragon, Solstice, Pallas, Twelfth Night i oczywiście Marillion).

Nie Dream Theater, Fates Warning czy Vanden Plas, ale właśnie muzycy Haken stanowią o współczesnym, innowacyjnym obliczu prog metalu. Pomimo krótkiej historii (zespół powstał w 2007 roku) oraz skromnej dyskografii (zaledwie trzy pełnoprawne albumy) Haken stał się zjawiskiem na progresywnej scenie. Perfekcyjny warsztat muzyczny, niespotykana wirtuozeria cechują tysiące zespołów zainspirowanych karierą i osiągnięciami Dream Theater. Niewiele z nich oprócz bajecznych umiejętności technicznych jest w stanie zaproponować coś więcej - prawdziwy artyzm i autentyczność. W tym wydawałoby się "skostniałym" gatunku niewiele jest szans na zmianę. A jednak - Haken przez wielu został nazwany "zbawcami progresywnego metalu". 

Nino Katamadze to urodzona w gruzińskiej Kobuleti artystka, która śpiewała na scenie już jako 4-latka. W 1990 roku dostała się na studia wokalistyki Uniwersytetu w Batumi, a w 2000 roku rozpoczęła profesjonalną karierę przy współpracy z liderem grupy Insight Goczejem Kaczeszwilim. Jest artystką cenioną nie tylko w rodzimej Gruzji, ale też w Rosji. Albumy Nino Katamadze & Insight okupują tamtejsze listy sprzedaży. W roku 2010 - na zaproszenie Bobby'ego McFerrina wzięła udział w premierze opery Amerykanina zatytułowanej Bobble, która wg założeń kompozytora miała stać się "nowym otwarciem w gatunku opery". Katamadze jest bohaterką dwóch filmów dokumentalnych (The Mermaid, Insight), komponuje dla teatru oraz X muzy. Wielokrotnie nagradzana "gruzińskimi Grammy" (wokalistka, osobowość, płyta roku) stała się dla mieszkańców Gruzji powodem do dumy.

Założona w 1990 grupa Lizard od wielu lat cieszy się sympatią nie tylko polskich fanów rocka progresywnego. Zainspirowani twórczością UK, Emerson Lake & Palmer, a przede wszystkim King Crimson muzycy od wielu lat budują swoją pozycję na polskim rynku muzycznym. Wydany w 1996 roku przez wytwórnię Ars Mundi debiutancki album zespołu W galerii czasu otrzymał szereg znakomitych recenzji, w następstwie czego Lizard zaczął koncertować zarówno w kraju, jak i w Europie. Sporym wyróżnieniem dla zespołu był występ muzyków przed katowickim koncertem super grupy Emerson Lake & Palmer. Zespół supportował również Porcupine Tree podczas pierwszej trasy po Polsce. Tym, co wyróżnia Lizard na tle reszty polskich zespołów to przemyślana warstwa wizualna.

Pochodząca z Trójmiasta Soma White to, jak określają jej członkowie, grupa propagująca za pomocą dźwięków "pozytywną stronę egzystencji". Sami o sobie nie lubią dużo mówić, zdecydowanie preferując możliwość poznania ich poprzez muzykę, którą tworzą i wykonują. Jako cezurę rozpoczęcia działalności Soma White, podają przełom roku 2009 i 2010.

Ino-Rock Festival to cykliczna impreza, która po raz pierwszy odbyła się w 2008 roku z inicjatywy Kujawskiego Centrum Kultury i muzyków z grupy Quidam, przy znaczącym wsparciu (i poparciu) Prezydenta Miasta Inowrocławia. Od 2009 współorganizatorem festiwalu jest Wydawnictwo "Rock-Serwis".

Koncerty festiwalowe odbywają się w Teatrze Letnim w samym sercu Parku Solankowego.

Do udziału w festiwalu zapraszani są wykonawcy niekoniecznie zbieżni stylistycznie, jednak trafiający swoją twórczością do wrażliwych słuchaczy o otwartych umysłach.

Sprzedaż biletów: na http://www.rockserwis.pl/ (bilety kolekcjonerskie) oraz w salonach EMPiK, Media Markt i Saturn, punktach sprzedaży Ticketpro (http://www.ticketpro.pl/) i Eventim ( http://www.eventim.pl/ ) na terenie całego kraju, także w Inowrocławiu - w sklepie Forte i Kujawskim Centrum Kultury.

niedziela, 20 lipca 2014

Relacja: Possessed w Progresji

Dziś coś z zupełnie innej beczki ;)

Nie pamiętam kiedy ostatnio uczestniczyłem w typowo old-schoolowym koncercie metalowym. Było warto być uczestnikiem koncertu Possessed choćby po to, aby po takiej przerwie jeszcze raz poczuć tę jedyną w swoim rodzaju aurę muzycznego podziemia i metalowego braterstwa. Dziś, kiedy nawet festiwale będące symbolem buntu i niezależności straciły swój niepowtarzalny klimat, o takie wrażenia niesamowicie trudno. Atmosfera na koncercie Possessed przypomniała mi lata młodości i muzycznych szaleństw.

Possessed to grupa, którą słusznie uważa się za protoplastów death metalu. Kiedy w roku 1985 wydana została płyta Seven Curches o Morbid Angel, Death czy Deicide nikt jeszcze nie słyszał. Na Seven Curches Possessed zaprezentował muzykę dość mocno zakorzenioną w przeżywającym swoje złote lata thrashu, a wychodzącą ze swą muzyczną brutalnością i ekstremą o krok dalej. To właśnie na Seven Curches znalazła się kompozycja pt. Death Metal (którą swego czasu coverował nasz Vader), dająca imię nowo powstającemu gatunkowi. Nie zdziwiło więc, że w Progresji mogliśmy uczestniczyć w swoistym święcie death metalu. Na koncert formacji zjechało się sporo prawdziwych fanów oldschoolowego, metalowego grania. Przyznam, że aż tak dobrej frewkencji na absolutnie niemainstremowym koncercie, gdzie promocja odbywa się na zasadzie kolega-powie-koledze, się nie spodziewałem.

Formacja zagrała ponad godzinę i zaprezentowała materiał opierający się na wyżej przytoczonym albumie (zabrzmiał niemal cały krążek). Nie zabrakło również utworów z The Eyes of Horrror (m.in. My Belief) oraz Beyond the Gates z szalonym Tribulation. Possessed zaprezentowało się naprawdę godnie, z pewnością nie rozczarowując warszawskiej publiczności (skandowanie nazwy zespołu po każdym utworze mówi samo za siebie!). Na ogromny szacunek zasługuje wokalista Jeff Becerra, jedyny oryginalny członek aktualnego Possessed, który od 1990 roku porusza się na wózku inwalidzkim (został postrzelony podczas napadu rabunkowego). Przykład wokalisty zespołu pokazuje, że muzyka jest w stanie pokonać wszelkie przeciwności.

Possessed supportowały trzy polskie formacje: Empheris, Centurion oraz Hazael, z których szczególnie dobrze wypadła ta trzecia grupa. Przyznam szczerze, że o Hazael jeszcze nie słyszałem, a po naprawdę świetnym koncercie nie pozostało nic innego jak zapoznać się z twórczością i bogatą historią formacji w domowym zaciszu.

Kilka słów należy się organizacji przedsięwzięcia. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam abym uczestniczył w wydarzeniu, które pod tym względem by aż tak kulało. Po pierwsze opóźnienia - Possessed rozpoczęło koncert godzinę po ustalonym czasie(!). Droga Progresjo, chyba po to ogłasza się godzinowy grafik aby choć po części go przestrzegać... Koncert skończył się tak późno, że ledwo co udało mi się dotrzeć do domu. Po drugie - ochrona. Sam byłem świadkiem trzech bójek między publicznością. Skonfliktowanych, tarzających się po podłodze i okładających pięściami rozdzielali gapie. Gdzie była wtedy ochrona? Sam rozglądałem się aby kogoś zawołać po pomoc - nie znalazłem nikogo. Po trzecie - nagłośnienie. Possessed brzmiało po prostu słabo. Czasem odczuwało się wrażenie, że ma się do czynienia ze ścianą dźwięku i jednym wielkim łomotem. Co ciekawe Possessed nagłaśniał dźwiękowiec zespołu i z tego co zauważyłem niezbyt zależało mu na tym aby zespół brzmiał selektywnie. Jedyne co zrobił po wejściu na scenę formacji to... podbił do góry wokal. To wszystko. 

Mimo wszystkich niesnasek warto było uczestniczyć w koncercie Possessed. Klimat wieczoru, a zwłaszcza takie kompozycje jak The Exorcist, Pentagram czy Death Metal usłyszane na żywo to coś, co będzie się pamiętało przez długie lata.