niedziela, 10 listopada 2013

Audycja nr 88 - rok 1972 (XXIV)

Playlista:
1. Zaprogowe intro
2. Emerson, Lake & Palmer - Abaddon's Bolero (Trilogy, 1972)
3. Premiata Forneria Marconi - Il Banchetto (Per Un Amico, 1972)
4. Birth ControlHoodoo Man (Hoodoo Man, 1972)
5. Black SabbathChanges (Volume 4, 1972)
6. Il Balletto Di Bronzo - Epilogo (Ys, 1972)
7. Alan Sorrenti - Aria (Aria, 1972)
8. JerusalemHooded Eagle (Jerusalem, 1972)
9. GnidrologIn Spite of Harry's Toe-Nail (In Spite of Harry's Toe-Nail, 1972)
10. MorganAlone (Nova Solis, 1972)
11. Caravan - The Love In Your Eye (Waterloo Lily, 1972)
12. Triumvirat - Broken Mirror (Mediterranean Tales, 1972
13. Tangerine Dream Birth of Liquid Plejades (Zeit, 1972)   

piątek, 8 listopada 2013

Electric Light Orchestra (Former Members) na koncertach w Polsce

Kiedyś John Lennon powiedział, że ELO to fenomenalny zespół! Myślę, że gdyby The Beatles byli jeszcze razem, graliby właśnie taką muzykę.

Zainteresowania muzyczne założycieli Electric Light Orchestra już od samego początku zdradza nazwa, jak i symfoniczny skład zespołu.

ELO powstało jako swoisty odprysk lokalnej supergrupy, gromadzącej cenionych muzyków z Birmingham - The Move. Według swego twórcy, lidera The Move Roya Wooda, Elektryczna Orkiestra Kameralna miała być eksperymentalną kapelą rockowo-symfoniczną, specjalizującą się w komponowaniu utworów łączących rock z instrumentarium i brzmieniem orkiestry. W tym celu Wood ściągnął do The Move młodego gitarzystę z Birmingham - Jeffreya Lynne'a. Nagrywanie debiutanckiej płyty trwało w nieskończoność (The Move w międzyczasie nagrali i wydali dwa albumy, by z zysków sfinansować koszty nagrania debiutu ELO), Wood i Lynne nieustannie darli koty. Wydany po długich miesiącach nagrań album The Electric Light Orchestra (1971) przeszedł bez echa, promujące go koncerty okazały się klapą (nierzadko więcej osób znajdowało się na scenie, niż na widowni). W końcu Wood porzucił zespół, zabierając ze sobą część muzyków. Wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Singiel 10538 Overture trafił na brytyjskie listy przebojów. Menedżer Don Arden namówił wtedy Lynne'a, by utrzymał ELO jako lider i wyłączny twórca piosenek.

Połowa lat siedemdziesiątych to okres świetności ELO. Czwarty krążek Eldorado, A Symphony (1974), do nagrania którego została zaproszona orkiestra studyjna, cieszył się wielką popularnością za oceanem. Singiel „Can't Get It Out Of My Head” pojawił się na amerykańskich listach przebojów, a zespół odebrał pierwszą w swojej historii złotą płytę. Na sukces w Wielkiej Brytanii zespół musi zaczekać aż do roku 1976 i płyty A New World Record, która trafia na szczyt list przebojów. Pojawiają się następne nagrania, kolejne nagrody i wyróżnienia. Przychodzi czas na spektakularną dziewięciomiesięczną trasę koncertową. ELO zapełnia po brzegi ogromne areny stadionów w Cleveland, czy Wembley. Ich występy są aranżowane z wielką pompą i przepychem. Za nagrany w okrojonym o sekcję instrumentów smyczkowych składzie album z 1979 Discovery, w którym odnajdziemy wpływy mody disco, ELO otrzymuje upragnioną multi-platynę.
 
Według Jeffa Lynne'a, historia Electric Light Orchestra tak naprawdę powinna zakończyć się w roku 1980, po nagraniu piosenek do filmu Xanadu. Nagrane później trzy albumy -Time, Secret Messages i Balance of Power - powstały tylko i wyłącznie celem wypełnienia zobowiązań kontraktowych. W roku 1986 historia ELO dobiega końca. Pod koniec lat 80-tych pojawia się zespół ELO Part II (w którym pojawiają się muzycy ELO - skrzypek Mik Kaminski, perkusista Bev Bevan i dyrygent i aranżer Louis Clark). W ciągu całej kariery ELO nagrali 12 studyjnych albumów, za które otrzymali dziewięć złotych, platynowych i multiplatynowych płyt.
 
ELO Part II pierwotnie miała być kontynuacją klasycznego brzmienia ELO, ale w bardziej demokratycznej formule, umożliwiającej wszystkim członkom zespołu współtworzenie repertuaru. Studyjne płyty ELO Part II wypełnił autorski, premierowy materiał, ale na koncertach - pod presją publiczności - pojawiało się coraz więcej klasycznych kompozycji Jeffa Lynne'a. Zniechęcony tym Bev Bevan pod koniec lat 90. porzucił zespół. Ponieważ prawa do nazwy ELO mieli tylko Bevan i Lynne - ten ostatni poprosił, by ELO Part II zmienili nazwę, jednak muzycy nie chcieli się zgodzić (ostatecznie sprawę na korzyść Jeffa - który pod szyldem ELO wydał w roku 2001 swój solowy album Zoom - rozstrzygnął sąd).
 
Obecnie artyści występują pod nazwą Electric Light Orchestra Former Members. W skład grupy wchodzą Mik Kaminski i Louis Clark, którzy występowali zarówno w ELO jak i ELO Part II oraz Eric Troyer, Parthenon Huxley i Gordon Townsend – mający swój duży udział w osiągnięciach ELO Part II. Właśnie w takim składzie formacja przyjedzie do naszego kraju.

9 listopada 2013 - Gdynia, Hala „Gdynia”
10 listopada 2013 – Poznań, Sala Ziemi
14 listopada 2013 – Lublin, Hala Globus
15 listopada 2013 – Zabrze, DMiT
17 listopada 2013 – Kraków, Auditorium Maximum
18 listopada 2013 – Warszawa, Sala Kongresowa

środa, 6 listopada 2013

Jak Skaldowie podbijali Niemcy

Gdyby sporządzić listę najwybitniejszych polskich płyt progresywnych, na pewno nie zabrakłoby na niej longplaya Skaldów „Krywań, Krywań”. Mimo że od jego nagrania minęło już 40 lat, zawarta na nim muzyka wcale się nie zestarzała. Można się o tym przekonać, słuchając również alternatywnej wersji tej legendarnej płyty, ułożonej z utworów zrealizowanych w latach 1971-1973 dla radia wschodnioniemieckiego.

Lata 70. ubiegłego wieku to okres największej popularności Skaldów – zespołu, który z równym powodzeniem wykonywał wpadające w ucho nieskomplikowane, choć urzekające melodyjnością, przeboje pop-rockowe (jak chociażby „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, „Cała jesteś w skowronkach”, „Medytacje wiejskiego listonosza”), jak i tworzył rozbudowane, wieloczęściowe kompozycje wpisujące się w kanon rocka progresywnego. Dzięki jednym i drugim krakowska grupa zdobyła rozgłos nie tylko w Polsce, ale również poza jej granicami. Szczególną estymą, poza ojczyzną, cieszyła się u naszych ówczesnych wschodnich i zachodnich sąsiadów, czyli w Związku Radzieckim i Niemieckiej Republice Demokratycznej, gdzie nie tylko często koncertowała, ale również nagrywała i wydawała płyty. W maju 1972 roku w Sali Koncertowej warszawskiej Filharmonii Narodowej zespół zarejestrował swoje najambitniejsze i bezsprzecznie najwartościowsze artystycznie dzieło – wydany wiosną roku następnego album „Krywań, Krywań”. Zawierał on pięć utworów. Stronę A longplaya wypełniał trwający niemal 18 minut kawałek (prawie) tytułowy („Krywaniu, Krywaniu”), na odwrocie natomiast znalazły się trzy piosenki („Juhas zmarł”, „Jeszcze kocham”, „Gdzie mam ciebie szukać”) oraz jedna kompozycja instrumentalna („Fioletowa dama”).

W tym samym mniej więcej czasie Skaldowie odbyli też podróże do Berlina Wschodniego, gdzie – najpierw w listopadzie 1971, a następnie w kwietniu 1973 roku – nagrali na potrzeby radia enerdowskiego nieco odmienne wersje wszystkich kawałków, które znalazły się na krążku „Krywań, Krywań”. Trzy z nich ukazały się później na bardzo popularnych w NRD składankach „Hallo” (jeden – „Gdzie mam ciebie szukać” – nawet w dwóch odsłonach: studyjnej oraz koncertowej); dwa pozostałe trafiły do archiwum. Po 40 latach do wspomnianych powyżej nagrań zespołu (a konkretnie: do ich taśm-matek) udało się dotrzeć właścicielom wytwórni Kameleon Records, którzy – po obowiązkowym remasteringu – ułożyli z nich alternatywną wersję „Krywania…”. Zdecydowano się przy tym na zachowanie oryginalnego układu utworów, co sprawiło, że z jednej strony mamy do czynienia z dziełem, zdawałoby się, doskonale znanym, z drugiej jednak – w kilku miejscach zdecydowanie zaskakującym. Choć może nie do końca. Przynajmniej dla tych, którzy 14 lat temu zaopatrzyli się w opublikowany nakładem Wydawnictwa 21 kompakt „Krywań – Out of Poland” (zawierający również wersje zrealizowane w 1972 roku dla radzieckiej Melodii i wydane na płycie „Skaldy”).

Kompozycja tytułowa w wersji wschodnioniemieckiej jest o dwie minuty dłuższa od tej, która trafiła na longplay Polskich Nagrań (ale też o ponad dwie minuty krótsza od wersji radzieckiej). Lecz nie tylko na tym polega jej wartość. Nagrano ją podczas drugiej wizyty w Berlinie Wschodnim, a więc ponad rok po sesji w Filharmonii Narodowej; w tym czasie Skaldowie wykonywali „Krywaniu, Krywaniu” podczas koncertów, mieli więc sporo czasu, aby kawałek ten „ograć” – nie tyle nawet w znaczeniu „popracować nad nim”, co… pobawić się, wymyślając coraz to nowe improwizacje. I to wyraźnie słychać. Utwór brzmi, co prawda, nieco surowiej niż w oryginale, ale za to nie brakuje mu dynamiki, zagrany jest z ogromnym kopem, a jego warstwa instrumentalna – z pełnymi nawiązań do klasyki organowymi pasażami Andrzeja Zielińskiego, z folkową solówką na skrzypcach Jacka Zielińskiego, z przesterowaną gitarą Jerzego Tarsińskiego w tle – zachwyca nieustannie po dziś dzień. Nie można mieć wątpliwości, że sesja (a raczej: sesje) w radiu berlińskim musiała(y) sprawiać krakowianom ogromną frajdę. Ostrzej zagrany jest także „Juhas zmarł”, w czym wielka zasługa sekcji rytmicznej, bas Konrada Ratyńskiego brzmi tu jak w rasowym numerze hardrockowym; całość równoważą jednak partie Jacka Zielińskiego – jego „góralski” śpiew i jazzowe solo na trąbce.

Monumentalne, zwłaszcza w warstwie wokalnej, „Jeszcze kocham” znalazło się tutaj w wersji niemieckojęzycznej jako „Noch liebe ich”. W języku Goethego i Schillera Zieliński zaśpiewał również „Gdzie mam ciebie szukać”, które z tej okazji przechrzczono na „Heidelbeeren”. Owszem, był to z jednej strony ukłon w stronę słuchaczy z NRD, ale też – nie ukrywajmy – sygnał dla Niemców z Republiki Federalnej. Na którego efekty nie trzeba było zresztą długo czekać. W lutym 1974 roku Skaldów zaproszono na koncert w zachodnioniemieckiej rozgłośni radiowej Westdeutscher Rundfunk (WDR) w Kolonii (został on opublikowany przez Kameleon Records na albumie „Live in Germany 1974”), trzy miesiące później natomiast na jej zamówienie grupa nagrała 14-minutową suitę „Zimowa bajka” (o niej jednak przy innej okazji). Nagrania niemieckojęzyczne od strony językowej nie zachwycają – Jacek Zieliński śpiewa niepewnie, nienaturalnie akcentując wyrazy (co można i zrozumieć, i wybaczyć) – ale muzycznie to prawdziwe mistrzostwo. Zaskakuje zwłaszcza „Heidelbeeren”, w którym na plan pierwszy wysuwa się – nie po raz pierwszy zresztą – gitara Tarsińskiego. Instrumentalna „Fioletowa dama”, którą to kompozycję na przestrzeni lat Skaldowie przerabiali parokrotnie, tutaj najbliższa jest stylistyce fusion, o czym decyduje przede wszystkim brzmienie organów Hammonda i mocno zaprawione jazzem solówki gitary i skrzypiec (jakby młodszy z braci Zielińskich nasłuchał się Michała Urbaniaka). Podsumowując: dla fanów zespołu – lektura obowiązkowa.

Sebstian Chociński

niedziela, 3 listopada 2013

Audycja nr 87 - rok 1972 (XXIII)

Playlista:
1. Zaprogowe intro
2. 8 Days In April - I'd Like To Be A Child Again (The Hamburg Scene, 1972)
3. Renaissance - Sounds Of The Sea (Prologue, 1972)
3. Focus - Hocus Pocus (Moving Waves, 1972)
4. Focus - Le Clochard (Moving Waves, 1972)
5. Focus - Focus II / Eruption (Moving Waves, 1972)
6. Skaldowie - Juhas zmarł (Krywań, Krywań, 1972)
7. Skaldowie - Jeszcze kocham (Krywań, Krywań, 1972)
8. Skaldowie - Krywaniu, Krywaniu (Krywań, Krywań, 1972)
9. Khan - Space Shanty (Space Shanty, 1972)
10. Twenty Sixty Six and Then - Butterking (Reflections On The Future, 1972)

piątek, 1 listopada 2013

Hocus Pocus!

To już przedostatnia audycja za PROGiem przed wynikami plebiscytu na najlepszy progresywny utwór roku 1972. Niemal na zwieńczenie naszego cyklu przygotowałem dla Was dwie muzyczne perełki. Najbliższą audycję za PROGiem zdominuje holenderska formacja Focus z albumem Moving Waves (m.in. utwory Hocus Pocus i Eruption) oraz nasi Skaldowie z albumem Krywań, Krywań. Oprócz tego z pewnością usłyszymy Twenty Sixty Six and Then oraz Tangerine Dream.

Do usłyszenia w niedzielę od godziny 21:00!

wtorek, 29 października 2013

Relacja: Dokonało się! Reaktywacja Collage za nami!

"Wybraliśmy utwory, które sami najbardziej lubimy grać... wtedy bowiem będą najszczersze emocje z naszej strony..." - tak swój pierwszy od kilkunastu lat koncert zapowiadał zespół Collage. Emocje - właśnie te słowo jest najbardziej adekwatne do tego, co działo się 26 października na deskach warszawskiej Progresji.

Na ten dzień wyczekiwało wielu... I to od bardzo długiego czasu. Po ponad dekadzie na scenę muzyczną powrócił jeden z najważniejszych zespołów dla polskiego rocka progresywnego, formacja Collage. Powrócił i to w niemal klasycznym składzie. Czwórkę instrumentalistów, autorów między innymi albumu Moonshine, uzupełnił śpiewający Karol Wróblewski, znany głównie ze współpracy z Mirkiem Gilem (gitarzystą Collage) w zespołach Believe oraz Mr Gil. Nie dziwiła więc bardzo przyzwoita frekwencja w warszawskim klubie, który zapełniony był w około 2/3 pojemności (przynajmniej wizualnie). Wśród tłumu (złożonego głównie z przedstwicieli płci męskiej dojrzałych wiekowo) można było wyhaczyć całą śmietankę warszawskiego, dziennikarskiego światka muzyki progresywnej, a także połowę składu Riverside. Cóż, ten koncert elektryzował wszystkich. Absolutnie nie zdziwił więc ogromny aplauz zaraz po tym, kiedy na scenie pojawili się muzycy Collage i zaraz przed tym, kiedy z głośników zaczynały wybrzmiewać pierwsze dźwięki  monumentalnego Heroes Cry, który otworzył sobotni koncert.

Zaskoczeni mogli poczuć się Ci, którzy oczekiwali koncertu w koncepcji: Moonshine + dodatki. Muzycy Collage zaprezentowali bardzo przekrojowy materiał, dyplomatycznie dzieląc prezentowany materiał między wszystkie z wydanych płyt. Usłyszeliśmy pięć kompozycji z albumu Moonshine (Heroes Cry, The Blues, Moonshine, War is Over, Living in the Moonlight), cztery z Baśni (Ja i Ty, Kołysanka, Baśnie, Jeszcze jeden dzień), trzy z Safe (One of Their Kind, Safe, Eight Kisses) oraz jeden cover Johna Lennona z albumu Nine songs of John Lennon (God). Na koniec, po wybrzmieniu pełnego setu, rozgrzana do czerwoności publiczność wymogła na muzykach ponadprogramowy bis, którym okazał się zagrany ponownie Living in the Moonlight. Z zaprezentowanych tego wieczoru kompozycji na szczególne wyróżnienie zasługują zagrany (przy akompaniamencie akordeonu!) War is Over, kiedy Karol Wróblewski porwał do wspólnego śpiewania warszawską publiczność oraz zagrany niemal na zwieńczenie koncertu, wgniatający w ziemię, cover God Johna Lennona.

Tyle, jeśli chodzi o czysto techniczne informacje. Ogólnie koncert... musiał się podobać! Było bardzo emocjonująco, ale i zabawnie oraz wzruszająco. Co prawda na początku występu czuć było od muzyków Collage wielką tremę, a i postać Karola Wróblewskiego na scenie niełatwa była do adaptacji dla publiczności, ale z kolejną upływającą minutą było lepiej. Muzycy nabierali pewności siebie i zaczęli prawdziwie, na luzie cieszyć się muzyką, a nowy wokalista Collage coraz mocniej wczuwał się w rolę frontmana legendarnej dla polskiej muzyki formacji. Trzeba przyznać, że zaprezentował się bardzo pozytywnie i jak zwykle pokazał wokalny warsztat najwyższej próby, a zgromadzona w Progresji publiczność w pełni go zaakceptowała. 

Oczywiście po tylu latach scenicznej przerwy nie mogło zabraknąć drobnych zgrzytów i małych wpadek. O ile od strony muzycznej (wykonywania kompozycji) zespołowi niewiele można zarzucić to od strony tak zwanego muzycznego show Collage ma trochę do nadrobienia. Lepiej dopracowany kontakt z publicznością, nagłośnienie, a w szczególności gra świateł to elementy, nad którymi zespół powinien popracować. Jeżeli Collage ma zamiar mocno stanąć na polskiej i zagranicznej scenie muzycznej i chce ściągać na swoje koncerty prawdziwe tłumy to koniecznie musi zwrócić uwagę na elementy, dzięki którymi Riverside całkowicie przegonił krajowy peleton i które w dużej mierze przyczyniły się do jego kultowego statusu. Mowa tu o całej otoczce koncertu - perfekcyjnym nagłośnieniu, umiejętności porwania publiczności scenicznym show i co wielce istotne - grze świateł. Mi właśnie tego oświetlenia, idealnie komponującego się z tak uduchowioną muzyką Collage, zabrakło. Wszystkie niedociągnięcia zespołowi wyrozumiale po prostu trzeba wybaczyć.

Wszyscy zgromadzeni tego dnia w warszawskiej Progresji czuli, że są świadkami czegoś wyjątkowego. Mieliśmy okazję przywitać prawdziwą legendę po kilkunastu latach muzycznej hibernacji. Wierzcie mi! Było warto! Monumentalnego wstępu syntezatorów w Heroes Cry nie zapomnę nigdy...

Setlista:
1. Heroes Cry
2. Ja i Ty
3. Kołysanka
4. One of Their Kind
5. Safe
6. Baśnie
7. The Blues
8. Eight Kisses
9. Jeszcze Jeden Dzień
10. Moonshine
11. War is Over 
Bis 1:
12. Living in the Moonlight  
13. God  
Bis 2:
14. Living in the Moonlight

fot.: radekzawadzki.com

poniedziałek, 28 października 2013

Wystartował plebiscyt na NAJLEPSZY progresywny utwór roku 1972



Ruszyła kolejna edycja naszej wielkiej zaPROGowej zabawy (choć nie tylko zabawy) - wyboru najlepszego progresywnego utworku roku 1972! Kontynuując praktykę rocznika ubiegłego, po raz kolejny wybieramy najwspanialsze progresywne utwory epoki lat 60-tych i 70-tych. 

Podczas ostatniego głosowania (zobacz szczegółowe wyniki), dotyczącego roku 1971, na podium umiejscowiliście utwór Echoes Pink Floyd oraz kompozycje The Musical Box Genesis i Islands z repertuaru King Crimson. Rywalizacja tycząca się roku 1972 zapowiada się jeszcze bardziej pasjonująco niż w poprzednim notowaniu, a to kto zostanie najwybitniejszym muzycznym reprezentantem roku 1972 zależy tylko od Was! 

Tradycyjnie każda osoba, która odda swój głos w plebiscycie, zyskuje szansę na wygranie atrakcyjnych nagród płytowych!


LISTA NOMINOWANYCH (rok 1972)*: 

1. A Tab in the Ocean - NEKTAR 
2. Across The Waters - TRIUMVIRAT 
3. Close to the Edge - YES 
4. Driving To Amsterdam - KHAN 
5. Eruption - FOCUS 
6. Hallogallo - NEU! 
7. Hosianna Mantra - POPOL VUH 
8. I Could Never Be a Soldier - GNIDROLOG 
9. Impressioni Di Settembre - PREMIATA FORNERIA MARCONI 
10. Introduzione - IL BALETTO DI BRONZO 
11. Kiev - RENAISSANCE 
12. Krywaniu, Krywaniu - SKALDOWIE
13. L'Evoluzione - BANCO DEL MUTUO SOCCORSO
14. Peel The Paint - GENTLE GIANT 
15. Siberian Khatru - YES
16. Supper's Ready - GENESIS
17. The Advent Of Panurge - GENTLE GIANT
18. The Grand Wazoo - FRANK ZAPPA
19. The King Will Come - WISHBONE ASH 
20. Thick as a Brick (Part 1) - JETHRO TULL 
21. Trilogy - EMERSON, LAKE & PALMER 
22. Watcher of the Skies - GENESIS


Zasady plebiscytu:

1. Z podanej listy wybieramy pięć, naszym zdaniem najwybitniejszych, utworów, którym przyznajemy punkty od 1 do 5 (nie zaliczane są pozycje ex aequo).
2. Listę ocenionych utworów do 15 listopada (piątek) wysyłamy na adres pawel.bogdan@radioaktywne.pl.
3. Czekamy na podsumowanie głosowania, które odbędzie się podczas specjalnej, trzygodzinnej audycji za PROGiem dnia 17 listopada o godzinie 21.00 [audycja jednocześnie będzie wieńczyła analizę roku 1972 w muzyce]
4. Słuchamy szczególnej audycji i czekamy na wylosowanie naszego nazwiska - wygranie atrakcyjnej nagrody płytowej!

Razem ze słuchaczami audycji postaw pomnik najwybitniejszym utworom w historii muzyki progresywnej! Jeśli czujesz, że Twoja wrażliwość i wytrenowane ucho mogłyby pomóc dostawić cegiełkę do tego szczególnego plebiscytu, poświęć dosłownie kilka minut swojego czasu, dokładnie przemyśl swój wybór, zagłosuj i przy okazji wygraj atrakcyjne nagrody! 

Tutaj każdy głos jest na wagę złota!

 

*utwory zostały wyselekcjonowane przez słuchaczy audycji